Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miejsca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2010

Przy kawie z książką...

Na początku września dla tych, którzy lubią łączyć książkę z kawą powstało nowe miejsce na Gałczyńskiego 7, założyciele - Paweł Goźliński, szef "Dużego Formatu", dodatku do "Gazety" oraz dwaj reporterzy - Mariusz Szczygieł i Wojciech Tochman zapraszają do „Wrzenia Świata”.
Zanim jednak „Wrzenie Świata” na dobre wpisze się w warszawski krajobraz kawiarniano-księgarniany, wybraliśmy się na spacer i zapukaliśmy do jego najbliższych sąsiadów.


W przestronnym Trafficu intymności z książką można szukać w labiryncie regałów, w Czułym Barbarzyńcy właściciel księgarni sam wita gości, a w Tarabuku można znaleźć białe kruki. Czym przyciągają warszawiaków i czy są to miejsca międzypokoleniowe? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Pierwsze kroki skierowaliśmy do Traffica- centrum Warszawy Bracka 25. Księgarnia mieści się w dawnym domu handlowym Braci Jabłkowskich. Pozostała po nim konstrukcja ze wspaniałymi schodami, witraż i atmosfera, której nie można gdzie indziej odnaleźć.
Miejsce wypełnione tysiącami książek, płyt, dvd, gazet i czasopism z dwoma kawiarniami- jest pułapką dla każdego kto ma odrobinę szacunku do słowa drukowanego.
I to bez względu na wiek.
Pułapką - bo wejście do księgarni to minimum godzina wyjęta z dnia. A to cenne dla tych, którzy mają czasu w nadmiarze.

W Trafficu panuje swobodna, niezobowiązująca atmosfera, siedząc przy jednym ze stolików na piętrze nie masz uczucia, że obsługa za moment Cię wyniesie, a swobodny dostęp jest do wszystkiego co sklep oferuje. Możesz przejrzeć, przeczytać wszystko co Cię zainteresuje. Na każdym z pięter jest odpowiednio dużo miejsc do siedzenia, a kiedy jednak tych miejsc zabraknie możesz siąść na schodach, albo na podłodze pomiędzy regałami.

Krótki przewodnik - parter czasopisma, kasy, kawiarnia - o niej później.
Przy wejściu stoły pułapki czyli najnowsze książki - odwrotnie od salonów Empiku zasłanych książkowymi wampirami - wita nas tom "Dzienników" Mrożka i Yannicka Haenel’a “Jan Karski”.
Pierwsze piętro to beletrystyka, poezja, książki historyczne i co tam jeszcze. Warto przyjrzeć się sekcji komiksów. Na tym samym piętrze jest jeszcze dział papierniczy z interesującymi drobiazgami.
Drugie piętro - książka naukowa, popularno naukowa, podręczniki do nauki języków - etc.
Uwaga nie robiliśmy inwentaryzacji -zatem nasze opisy księgozbioru mogą być niepełne.
Specjalna przestrzeń dla dzieci z miejscami zabaw dla młodych czytelników.
Masz dziecko, masz wnuki - znakomite miejsce do wprowadzenia w świat książki.

Wreszcie trzecie piętro kawiarnia z jedzeniem, ale to jej wtórne przeznaczenie.
Odbywają się tu projekcje filmów. spotkania autorskie czy promocje książek, ale też spotkania fanów Gwiezdnych wojen. We wrześniowym harmonogramie naliczyliśmy 14 dużych wydarzeń.
W piwnicach fantastyczny sklep płytowy - możecie odsłuchać kilkanaście płyt - w całości!
oraz dobrze zaopatrzony dział video z pozycjami rzadko spotykanymi - klasyka i dokument.
Pomiędzy piętrami można przemieszczać się, w zależności od upodobań, schodami lub windą, w międzyczasie oglądając liczne wystawy zdjęć, które wkomponowują się przestrzeń księgarni.

Co nas drażniło? Smutek kawiarni na antresoli - jakoś nie pasuje do tego miejsca. Słaba kawa za 6 zł /espresso/ nędznie wyglądające ciastka, w pustej przestronnej lodówce, na której inni goście pozostawili odciski swoich palców - na wszelki wypadek nie próbowaliśmy. Wejście po schodach dość strome nieprzyjazne osobom starszym - niepełnosprawni nie mają co marzyć o dostaniu się na to półpiętro. Ukryte toalety, mogą wpłynąć na brak komfortu wędrujących po księgarni czytelników. Informacja o książkach do zdobycia, acz okupiona pewnym trudem, pracownicy księgarni, tak jak i klienci potrafią zniknąć na jakiś czas pomiędzy regałami.
Dla tych, którzy wolą zostać w domu jest strona internetowa - www.traffic-club.pl ze sklepem.


Kolejne miejsce na naszej kawiarnianej trasie to “Czuły barbarzyńca” na Powiślu - adres ul.Dobra 31.
Jedna z pierwszych w Warszawie ksiegarnio-kawiarni prowadzona przez Tomka Brzozowskiego wydawcę, krytyka literackiego i miłośnika prozy Bohumila Hrabala. Właściciel przywitał nas osobiście, gdy tylko przekroczyliśmy próg kawiarni.

Przestrzeń jest podzielona wyraźnie na dwie części, w jednej z nich w ukryciu znajduje się bar, który ostatnio chyba podupadł. Wczesne popołudnie a tu trzy ciasta na krzyż i jedna kanapka, zresztą niezachwycająca. Duży wybór herbat, niezła kawa – cena popularnej latte 8 lub 12 złotych w zależności od wielkości.
Ok - o ile bywa się tu raz na jakiś czas, gorzej kiedy częściej chcesz spędzić czas na czytaniu i sączeniu kawy. Kilka stolików, parę kanap, poustawiane pomiędzy nimi krzesła sprawiają wrażenie ścisku. I jedna rzecz, która nam się nie spodobała – w środku można palić, obawiamy się, że dym może nie służyć książkom i niektórym czytelnikom.

W drugiej części Czułego, króluje duży stół i książki. Wybór tytułów ma autorski charakter, można dostrzec ślady literackich fascynacji właściciela.
Nie znaczy to, że nie znajdziemy tu przyzwoitego kryminału czy błahej powieści, ale nie jest miejsce przyjazne Grocholi czy Kalicińskiej.
Za to gmerając pomiędzy grzbietami książek można natrafić na zastanawiające tytuły wydane w niszowych wydawnictwach przyzwoitych uczelni. Ot, na przykład monografia STASI wydana przez Uniwersytet Warszawski.
Na półpiętrze, które wydaje się trochę niedostępne, skryli się studenci, rozprawiający być może o książkach albo zwyczajnie plotkujący na chwilę przed rozpoczęciem roku akademickiego.
Pośrodku huśtawka przydatna gdy odbywają się “Czułe czytanki” czyli czytanie książek dla dzieci.
Ponadto - duży wybór kalendarzy i notesów kultowej firmy Moleskine i aktualne numery Wallpaper .
Toaleta tajna, przy zejściu do niej można spaść z ostatniego schodka.
Zatem -ostrożność wskazana.
Wreszcie na koniec cichy apel - umyjcie szyby wystawowe, za moment z ulicy nie będzie widać czy to księgarnia czy sklep z różdżkami/czytaj Rowlings!
Adres internetowy www.czuly.pl


Idziemy dalej, ale zostajemy na Powiślu z Dobrej przemieszczamy się Browarną 6 i lądujemy w Tarabuku. Na pierwszy rzut oka podobne miejsce do Czułego jednak funkcjonujące trochę na innych zasadach. Mamy książki -mamy kawę -mamy miejsca do siedzenia-stoły,dostęp do Wi Fi czyli standard. Dodatkowo jednak na tarasie przed księgarnią parę stolików i parking dla rowerów.
Palacze mają pecha w Tarabuku do książki nie zakurzą. Bufet obficie zaopatrzony-dają śniadania dla śpiochów -księgarnia czynna od 10.00. W porze obiadu można zjeść zupę albo tartę warzywną z sokiem pomidorowym lub jogurtem za 8 -10 złotych. Jeśli kupicie książkę za minimum 30 zł, to espresso dostaniecie za darmo!


Książki -widać ciekawe pozycje z humanistyki wręcz białe kruki wydawane w nakładzie 1000 egz przez uniwersyteckie wydawnictwa. Dużo zaskakujących pozycji.Ot choćby taka książka - Yasunari Kawataba ”Maijin-mistrz go”. Książka wydana po polsku w 2004 roku i co dziwne ,dalej jest na półce. Kawataba to japoński laureat literackiej nagrody Nobla z 1968 roku.

Przestrzeń wydaję się być lekko zagracona, sporo stolików, na każdym z nich ażurowa dziergana serweta. Usiąść można nawet w witrynie, którą właściciele do tego przygotowali. Wokół kanapy, naprzeciwko baru stłoczyła się grupa bardzo międzypokoleniowa żywo o czymś dyskutująca. Toaleta znajduje się w końcu kawiarni za barem, trochę tam ciasno, ściany toalety to prawdziwa tablica ogłoszeń – wiszą tam plakaty zapowiadające ciekawe wydarzenia społeczno – kulturalne, jeśli chcesz zostawić jakąś informacje – nie ma problemu na półce znajdziesz taśmę klejącą.

Dla tych, którzy nie przepadają za kawiarnianym gwarem i unoszącym się zapachem kawy i zupy pomidorowej w powietrzu jest jeszcze jedno pomieszczenie, mały zaciszny pokój z dużym stołem i kanapami, atmosfera skupienia w nim panująca, może się kojarzyć tą jaka panuje w uniwersyteckiej czytelni.
W Tarabuku organizowane są regularnie spotkania filozoficzne, autorskie czy,warsztaty dla dzieci nazwą “Tarabajnie” ale dlaczego wstęp kosztuje na nie aż 10 zł od dziecka?
Adres internetowy www.tarabuk.pl.



Czy są to miejsca przyjazne ludziom starszym ?Niby tak.
Czy ludzie starsi tam chodzą? – tak, ale w piątkowe popołudnie spodziewalibyśmy się większego ruchu. W Trafficu zaobserwowaliśmy kilka starszych osób, które na parterze przeglądały prasę, w Czułym barbarzyńcy dominowali młodzi ludzie, Tarabuk wydał się nam najbardziej gwarnym i międzypokoleniowym miejscem starsza kobieta przyszła na zupę, matka z córką umówiły się na spotkanie, a babcia z wnukami zajrzała do księgarni w trakcie popołudniowego spaceru, grupa ludzi w różnym wieku prowadziła żarliwą dyskusję.



Można też pokusić się o postawienie kilku hipotez Dlaczego tak mało seniorów spotkaliśmy w trakcie naszej książkowej wyprawy? Hipoteza pierwsza. Może się nie interesują książkami, nie maja nawyku chodzenia do księgarni, chodzą do niej ale tylko po ty by kupić książkę jako prezent dla wnuka. Może ich nikt nie przyzwyczai do tego że można wziąć książkę z półki i bezkarnie poczytać?
Hipoteza druga- nie maja pieniędzy.
Hipoteza trzecia -czuja się niepewnie w tym m odym towarzystwie - a ono przeważa.
I coś jest na rzeczy bo jakby podświadomie tych starszych się wyklucza, traktuje jak szukających miejsca do przytulenia się. A nad nimi unosi się zapach kotów, dźwięk szurających nóg, wlecze się cień starości. Jedno wiadomo na pewno: chciałoby się więcej takich dyskusji, spotkań, sporów,
międzypokoleniowych konfrontacji i chyba jesteśmy na dobrej drodze, żeby tak było, ale zdaje się, że dopiero na początku.
Zobaczymy jak różne pokolenia przyciągać będzie „Wrzenie świata”.

tekst: Maciej Kosiński i Karolina Pluta
zdjęcia: Marta Zabłocka

wtorek, 27 lipca 2010

Trzeba odhibernować Kępę!

Saska Kępa. Finlandzka 12a. Piątkowe popołudnie. Upał.

Kiedy skończy się ten upał nie wie pani? Strasznie gorąco. Zawsze sobie tu siadam i odpoczywam jak idę na pocztę albo do sklepu. - zaczyna ze mną rozmowę Irena Majewska mieszkanka Saskiej Kępy.
- Mieszkam niedaleko, na Lipskiej, lubię tu przychodzić, bo zawsze spotkam kogoś z kim można chwilę porozmawiać. I dziewczyny z kawiarni są takie miłe. Tu jest tak zacisznie.

Irena Majewska mieszkanka Saskiej Kępy odpoczywa  w ogródku Kępa Cafe.
Panie Irena przez 20 lat uczyła biologii w pobliskim liceum im. B.Prusa.


O miłości do Kępy – tej z kawą i tej saskiej, o miejscu przyjaznym seniorom oraz o potrzebie działania opowiada Ala Pękalska, właścicielka najbardziej rozpoznawalnej kawiarni na prawdziwej, choć niepozornej, warszawskiej wyspie – Kępa Cafe.

Dla kogo i dlaczego powstała Kępa Cafe?
Dla zmęczonych sieciowymi kawiarniami, kawą nescafe i standardem warszawskich kawiarni; dla mieszkańców Saskiej Kępy i jej sympatyków, wszystkich którzy interesują się przestrzenią w której mieszkają, swoim miastem, dzielnicą.

Kępa Cafe w ciągu zaledwie dwóch lat stała się lokalnym centrum życia społeczno – kulturalnego. Jak to się robi?
Chyba po prostu trzeba lubić przestrzeń w której się działa, interesować się nią i chcieć mieć na nią wpływ. Ale żeby mieć wpływ trzeba się postarać: wyjść na zewnątrz, do ludzi, sięgnąć do historii, poznać lokalne organizacje, rozmawiać, podjąć się próby integracji lokalnego środowiska. I już. Jeśli jest trafi się dobrze - pojawia się odzew. Gdyby nie było zapotrzebowania społecznego na takie miejsce jak Kępa, pewnie
ta kawiarnia nie zaistniałaby na mapie Saskiej Kępy i Warszawy. Tymczasem okazało się, że miejsce,
w którym można znaleźć informator o dzielnicy, mapę, kupić pocztówkę z Saskiej Kępy czy poszperać na półce z albumami o Pradze, przyciąga nie tylko mieszkańców Saskiej Kępy, ale także turystów 
i cudzoziemców mieszkających w stolicy. Być może dlatego, że nie ma takich miejsc zbyt wiele? Biblioteki, urzędy, wydziały kultury nie próbują być otwarte, nie wychodzą z informacjami, inicjatywami do mieszkańców, dla których pracują. Może nie mają czasu, nie pozwalają im na to procedury? Może nie wiedzą jak, a może po prostu nie lubią swojej pracy? A my lubimy swoją dzielnicę, a działanie wspólnie z lokalną społecznością może być bardzo przyjemne. Odzew z jakim spotykamy się na co dzień jest bardzo motywujący. Z resztą sam fakt, że nie jest to już działanie "na rzecz" ale "wspólnie z", jest świetny! Ludzie
chcą wiedzieć, co dzieje się w ich sąsiedztwie, chcą je tworzyć, często jest to jednak utrudnione przez brak dostępu do informacji (nie każdy senior ma internet) i brak konsultacji społecznych.
Każda dzielnica tylko zyskałaby na wspieraniu i promowaniu podobnych miejsc, jak Kępa Cafe. Wyobraźmy sobie klubokawiarnie jako punkt kontaktowy między urzędem, samorządem a mieszkańcami – wspólne ustalanie priorytetów, konsultowanie planów rewitalizacji.. a tymczasem są to światy funkcjonujące na równoległych płaszczyznach. Nam uda o się przeciąć ścieżki urzędników, samorządowców, lokalnych ngo'sów i mieszkańców: młodych aktywistów i niepokornych seniorów.

 Wejście do Kępa Cafe.

Dlaczego zależy ci, żeby angażować się w to, co się dzieje na Kępie, brać udział w
dyskusjach i spotkaniach?
To irytujące, że większość decyzji o moim podwórku podejmują urzędnicy, którzy nigdy na nim nie byli! 
Nie lubię być stawiana przed faktem dokonanym, nie chcę mieszkać w nudnej dzielnicy, jeździć do kina na drugi brzeg Wisły, trzeba odhibernować najfajniejszą dzielnicę Warszawy. Nie można narzekać, kiedy samemu nic się nie robi, to dopiero jest beznadziejne. Poza tym, jeśli mieszka się gdzieś z wyboru, zwyczajnie chce się działać.

Miejsce przyjazne seniorom – co to dla ciebie znaczy? Jaka powinna być
kawiarnia przyjazna seniorom, czym takie miejsce musi się charakteryzować?
To taka kawiarnia, gdzie przede wszystkim seniorzy są na prawdę mile widziani, gdzie mogą porozmawiać 
z obsługą, swobodnie się poczuć, znaleźć coś interesującego dla siebie, jak książki historyczne, prasę. Pomagają w tym też prozaiczne rzeczy, takie jak wybór mebli. I nie musi to być koniecznie art deco, ale coś, na czym będą mogli wygodnie usiąść, czyli coś innego niż hoker lub sofa klubowa.

Kępę w dużej mierze zamieszkują osoby starsze, a kawa, koktajl czy herbata kosztują
nawet 12 złotych. To dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę wysokość przeciętnej emerytury
czy renty. Czy można coś z tym zrobić?
Warto by pomyśleć, co zrobić, żeby seniorzy mieli gdzie odpocząć, nie chodząc do kawiarni. Na Kępie najmilej jest na świeżym powietrzu. Sęk tylko w tym, że nie ma tu zbyt wielu ławek. Najbliższa znajduje się w okolicy źródełka z wodą oligoceńską, jest na przystanku autobusowym oddalonym o 2 przecznice. Bez komentarza. Poza tym tutaj seniorzy często chodzą do takich kawiarni, które funkcjonują od kilkudziesięciu lat, nie mają wygórowanych cen, a w menu znajdziesz kawę po turecku, przekąsisz nóżki. W nich chyba
czują się najswobodniej, spotykają znajomych. Uwielbiam te miejsca, są o wiele ciekawsze niż kawiarnie na Francuskiej. Nie zauważyłam, żeby seniorzy potrzebowali caffe latte z serduszkiem czy koktajl w szklance z nóżką. Kawa po turecku za piątkę jest okej, nie traćmy czasu na zbędne sprawy.
Do nas czasem też przychodzą, nie wiem czemu, ale to bardzo miłe. Może dlatego, że mogą sobie pogadać z obsługą o historii, o życiu, takich tam…

Czym przyciągasz Warszawiaków latem do Kępy?
Leżakami spacerami lemoniadą za piątkę, najlepszymi koktajlami w mieście. O mamo, niczym chyba… 
Sami przychodzą (śmiech).

rozmowa i zdjęcia
Karolina Pluta

wtorek, 20 lipca 2010

Hej, na Pragę!

Modę na praskie teatry wykreowała A(p)olonia Warlikowskiego w Wytwórni, a potem Maria Peszek w Fabryce Trzciny. Teraz widzów zaprasza Teatr Praga, ale prawdziwy mariaż tej dzielnicy z teatrem trwa od lat!

54 LATA TEMU…
…rzeczna barka praskiego Teatru Ziemi Mazowieckiej, wyposażona w scenę i widownię, dopływa do wioski na wiślanej wyspie. Okazuje się, że jest to miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nic to, że mieszkańcy nigdy nie widzieli teatru. Oni w czasie wojny i okupacji ani razu nie widzieli Niemców!
Kończy się przedstawienie. Nie ma oklasków. – Nie podobało się? – pytają aktorzy. – Okropnie się podobało! – wołają widzowie. – Więc dlaczego nie klaskaliście? – A dlaczego mielibyśmy klaskać?
W czasie przedstawienia cisza jak makiem zasiał. Gdy aktorzy wychodzą do ukłonów, widzowie wstają i z wdzięcznością …odkłaniają się.
Po sztuce, w której dorosłe dzieci decydują się oddać zniedołężniałego ojca do domu starców, za kulisy przychodzi zapłakana babina. – Nie oddawajcie go – mówi. U mnie w chałupie znajdzie się dla niego miejsce.
Teatr na rzecznej barce tworzyły wychowanki wielkiego Leona Schillera: Wanda Wróblewska i Krystyna Berwińska. Przez trzynaście lat, w tym dziesięć bez stałej sceny, realizowały ideę teatru ludowego. Uznanie i sławę przyniosły im rajdy teatralnej barki wzdłuż brzegów Wisły. – Chciałyśmy prostymi środkami pobudzać wyobraźnię widza, rozwijać w nim szlachetne uczucia – pisały o swojej pracy.

41 LAT TEMU…
…wybitny aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, Aleksander Sewruk przez sześć lat prowadzi teatr objazdowy, ze stałą siedzibą przy Szwedzkiej 2/4, gdzie dzisiaj mieści się chrześcijański zbór Świadków Jehowy. To teatr edukacyjny, który odgrywa poważną rolę w życiu kulturalnym całego województwa.

35 LAT TEMU…
…scenę obejmuje Andrzej Ziębiński i zmienia nazwę na Teatr Popularny. Przez piętnaście lat realizuje klasyczny i współczesny repertuar realistyczny na przyzwoitym poziomie, regularnie zapełniając 90 proc. widowni. Aktorzy grają na macierzystej scenie przez cały tydzień, dodatkowo na scenach wojewódzkich domów kultury.

20 LAT TEMU…
...następuje radykalny zwrot. Pod nazwą Teatr Szwedzka 2/4 powstaje teatr awangardowy. Serwuje intrygujące propozycje repertuarowe, a to z wodą, a to z piaskiem na scenie. Ale to klasyczny falstart, bo czasy przełomu nie sprzyjają awangardzie. Po czterech latach scena przestaje istnieć. Zespół zostaje przeniesiony do Teatru Rozmaitości. Szefowie: Wojciech Maryański i Krzysztof Kelm z powodzeniem działają w warszawskim życiu artystycznym. Gdyby awangardowe ataki zaczynali dzisiaj, teatralna konkurencja wokół Ząbkowskiej byłaby dużo ostrzejsza.

Elżbieta Kisielewska

poniedziałek, 19 lipca 2010

Muzeum Warszawskiej Pragi

Prawobrzeżne historie


Jeszcze nie w pełni istnieje, a już było o nim głośno, choć na razie jedynie z powodu problemów finansowych z którymi musiało się zmagać. Teraz, gdy kwestie funduszy nieco się ustabilizowały, trwa wzmożona praca, by  zdążyć z otwarciem Muzeum Warszawskiej Pragi na 2012 rok.

Praca wre


Z Panią Jolantą Wiśniewską, kierownikiem muzeum, spotykam się w tymczasowej siedzibie przy Ząbkowskiej. Docelowym adresem będzie Targowa 50/52, gdzie znajdują się trzy kamienice oraz zabytkowa oficyna – dawny żydowski dom modlitwy. Do kompleksu dołączy jeszcze budynek administracyjno-naukowy, gdzie znajdą się pracownie, magazyny zbiorów, czytelnia, sala projekcyjna, konferencyjna oraz miejsce na warsztaty edukacyjne dla dzieci. W muzeum mieścić się będzie również kawiarenka serwująca praskie specjały: od galaretki z nóżek po pyzy i flaki. Pomysł na muzeum do niedawna jedynie na papierze, powoli nabiera realnego kształtu. - Mamy już projekt funkcjonalny. Wiemy co gdzie będzie w kamienicach, oficynie, gdzie będzie jaka ekspozycja, sala projekcyjna – opowiada pani Jolanta.- Przed nami najgorętsze dwa lata. Czekamy na decyzję miasta co do przeznaczenia funduszy na prace przygotowawcze i ekspozycyjne. Od tego będzie zależało, w jaki sposób nasza koncepcja zostanie zrealizowana – dodaje.

Praski, znaczy prawobrzeżny


Jednym z postulowanych przez organizatorów celów  powołania muzeum jest pomoc w kreowaniu praskiej tożsamości. Praskiej, czyli jakiej?

- Powstajemy jako muzeum warszawskiej z uwzględnieniem i szacunkiem dla autonomiczności, specyfiki, kolorytu poszczególnych rejonów prawobrzeżnej Warszawy – tłumaczy Jolanta Wiśniewska.

Prawobrzeżna Warszawa to nie tylko Stara i Nowa Praga. - Jeżeli porozmawiamy z mieszkańcami urodzonymi na Bródnie, Białołęce czy na Pradze, to będą to inne historie i  właśnie specyfikę historii prawobrzeżnej Warszawy chcemy uchwycić – opowiada kierownik Muzeum. - Stąd nasze projekty, jak akcja zbierania pamiątek. Chcemy je włączyć do kolekcji muzealnej, a przez to także do historii miasta – dodaje.

Poznajemy historie


Innym sposobem na włączenie się w rozwój i kształtowanie charakteru muzeum jest udział w projekcie Archiwum Historii Mówionej,  niezwykle cennym z perspektywy relacji międzypokoleniowych. Młodsi i starsi pracownicy muzeum oraz grupy studentów z Instytutu Etnologii Antropologii UW przeprowadzają rozmowy z mieszkańcami prawej strony Wisły. Rozmowy te są nagrywane i odpowiednio opracowywane, by w niedługiej przyszłości mogły stać się elementem ekspozycji.  - To co zbieramy, to zarówno relacje z wydarzeń historycznych, jak i opowieści o praskiej codzienności – opowiada pani Jolanta. - O tym, jak  się kiedyś żyło i jak to się teraz  zmieniło. O ludziach, którzy odeszli, o rzeczach drobnych i codziennych,  które zazwyczaj umykają. Chcemy zatrzymać te historie.

Co jeszcze...?


W dalszych planach muzeum jest też stworzenie sali ginących zawodów oraz sali ikon prawosławnych Organizatorzy mają świadomość specyfiki historii prawobrzeżnej Warszawy i starają się uwzględnić każdy jej możliwy rys.

-  Mieszkańcy Pragi życzliwie patrzą na nasze działania, ale zdajemy sobie sprawę, iż oczekiwania wobec nas  są ogromne, a nasze możliwości ograniczane przez fundusze – kończy Jolanta Wiśniewska.


Nie istnieją miejsca w przestrzeni, które byłyby czyste, niezagospodarowane przez wcześniejsze sensy i znaczenia. Jak wobec tego odkrycie żydowskich sal modlitewnych z unikatowymi polichromiami w przyszłej siedzibie muzeum, wpłynie na jego charakter?
Wątek wielokulturowości prawobrzeżnej Warszawy jest dla nas istotną częścią myślenia o muzeum. Po pierwsze ratujemy te polichromie. Sale modlitewne będą częścią ekspozycji stałych. Z  drugiej strony nie skupiamy się tylko na obecności społeczności żydowskiej, ale staramy się tę wielobarwność wyławiać, włączając historię zarówno żydów jak i prawosławnych,  ewangelików, a w przełożeniu na społeczności narodowe chcemy uwzględnić mniejszości rosyjskie, białoruskie, gruzińskie, ukraińskie czy greckie – oraz wszystkie te, które w krajobrazie  prawego brzegu odciskają swój ślad.  Będziemy o tym mówić. Jeszcze w  tym roku organizujemy konferencję naukową dotyczącą wielokulturowości.


Marta Pawlaczek

piątek, 16 lipca 2010

Praga - statystyka

Czytanie roczników statystycznych uchodzi za najnudniejszą lekturę na świecie, no może przebija je książka telefoniczna. Jednak wczytawszy się w rzędy cyfr, karnie umieszczonych w tabelach, można odkryć rzeczy zaskakujące.

Oto portret Pragi, tej od Pelcowizny do Szmulowizny, czyli od dawnego FSO do Fabryki Trzciny – wyodrębnionej w rocznikach statystycznych jako Praga Północ.
Okazuje się, co widać na pierwszy rzut oka, że Praga to najbardziej zabudowana (79 proc. powierzchni) dzielnica w Warszawie, i w dodatku najstarsza, bo 64 proc. budynków zbudowano jeszcze przed 1944 rokiem.

Tylko 38 hektarów to grunty rolne – dla porównania, na Mokotowie aż 697 hektarów nadaje się na uprawę roli. Nie ma na Pradze, ani jednego hektara sadu, gdy na wspomnianym Mokotowie – proszę, sadownictwo kwitnie, zajmując 46 hektarów.
Za to Pragą rządzi kolej, która rozsiadła się na 156 hektarach.

W tych okolicznościach przyrody mieszka na Pradze około 73 tys. mieszkańców.
Spośród nich 17 proc. skończyło 65 lat, ale Praga nie bije rekordów w temacie seniorów, bo jak się okazuje, najstarszą dzielnicą w Warszawie jest Śródmieście. Tam aż co czwarty mieszkaniec ma 65 lub więcej lat.

Dla równowagi, na Pradze w trzech wyższych uczelniach studiuje 18 539 studentów. Daje nam to prawie tyle samo czcigodnych seniorów, co kształcącej się młodzieży.
Co ciekawe, to wcale nie seniorzy wystają w kolejkach do przychodni lekarskich. Jak się okazuje, stanowią tylko 11 proc. spośród wszystkich korzystających z “usług” praskiej służb zdrowia.

Statystyka, jak to nauka ścisła, czasami nie obejmuje swoimi tabelami zjawisk nienazwanych i nie skategoryzowanych. Taka refleksja towarzyszy opisowi życia kulturalnego Pragi. Bo gdzież te konesery, fabryki trzciny, galerie? ... Czyżby umknęły katalogowaniu?

Oficjalnie na Pradze Północ jest jedno muzeum, które zorganizowało do tej pory trzy wystawy, a zobaczyło je 2000 osób. Dużo to czy mało?

Były też trzy teatry, do których podreptało albo poleciało w ciągu roku 48 600 widzów, zaś filmy w dwóch kinach zobaczyło 140 300 kinomanów. Co ciekawe, to tyle samo, co na Mokotowie.

Wreszcie 10 206 prażan, to użytkownicy dziewięciu bibliotek, a każdy z nich wypożyczył przez rok 16 książek. Tak więc przeczytali 160 000 książek.
Ta wiadomość napawa optymizmem.

Ponadto Praga Północ to, wbrew pozorom, w miarę bezpieczna dzielnica - dla porównania: w 2008 roku mieliśmy tu 3977 zgłoszonych przestępstw, a na Mokotowie – 6107.

Ciekawostki wyczytane w publikacji GUS “Panorama dzielnic Warszawy 2008”.
*Na koniec anegdotka mojego przyjaciela, który młodość spędził na Pradze, absolwenta liceum im. Władysława IV. Umawiając się z przyjaciółmi mówił: “idziemy na Warszawę”, a nie -”idziemy na miasto.”
Gdzie jest prawdziwe miasto?

Maciej Kosiński

piątek, 2 lipca 2010

Bez kolców

„Pod Kaktusami” – w kawiarni przy Chmielnej, naprzeciwko chyba równie wiekowego kina „Atlantic” - nie ma już kaktusów. O dawnym wystroju przypominają jedynie kaktusopodobne malowidła na ścianach, duże, ale nie kłujące.

fot. Karolina Pluta

Zaledwie parę lat temu ta znana warszawska kawiarnia zmieniła swój wystrój. Powiększono jej okna, pozbywając się przy okazji nawiązujących do nazwy kolczastych roślin. Żeby usiąść na kanapie, trzeba teraz wejść po schodkach na swego rodzaju konstrukcję przypominającą szeroki drewniany szafot. Co ciekawe, kanapy, choć nowe, wyglądają na stare – to zasługa nieśmiertelnego w każdej dekadzie skaju. Nad przejściami do stolików piętrzą się wdzięcznie bramowe drewniane szubienice, przypominające surrealistyczne projekty Salvadora Dali.
Jedno na szczęście nie uległo zmianie w kawiarni „Pod Kaktusami” – nadal podaje się tu rozkoszny krem sułtański. Przygotowywany jest według oryginalnego przepisu z Warszawskich Zakładów Gastronomicznych (oddział „WZG - Kawiarnie”): połowa - czysta bita śmietana, połowa - bita śmietana zaprawiona kakao, a do tego rodzynki i orzechy. Chyba już tylko tu można spróbować tego niedoścignionego nigdzie indziej smaku.
W ogródku, około godziny 11, na dwadzieścia stolików z wyplatanymi fotelikami, zajętych jest zaledwie sześć. Większość kawiarnianych smakoszy to sześćdziesięciolatkowie. Po dwóch kawach podnoszę nos znad gazety. Towarzystwa 60 plus już nie ma. Teraz przy stoliku nieopodal siedzą dwie studentki. Nikt jednak nie zamawia kremu sułtańskiego – nie wiedzą co dobre!
Aleksander Bukowiecki