Jak się śmiać – to tylko z Ćwiklińską-Kożuchowską, czyli Ćwikłą bądź Ćwikiełką. Z czego?
Ze wszystkiego: z siebie, z niej, z przypadków życiowych, literackich, teatralnych, żeńskich, męskich i nijakich.
Przy żartach, którymi żongluje, jak pingpongowymi piłeczkami, śmieją się jej oczy, zęby, włosy i biodra w wirującej spódnicy. Każda okazja do dowcipu jest dobra, pod warunkiem, że pretekstu do niej dostarcza kolejna akcja „zabezpieczania” dobrego samopoczucia kobiet dojrzałych.
Na tym właśnie temacie Ćwiklińska zna się doskonale. Świetnie zdaje sobie sprawę z tego, jak okrutne przypadki trafiają się kobietom „drugiego wieku”, gdy tracą pracę, mężów, gdy odchodzą z domu dzieci; gdy przestają być młode i potrzebne. Zna literaturę przedmiotu, diagnozy i recepty oraz zna ludzi , którzy potrafią tym kobietom pomóc.
Od początków swojej działalności do dnia, w którym redaktorka „ Wysokich Obcasów” zadała jej pytanie, czy – z racji uruchomienia Uniwersytetu Drugiego Wieku – należy ją tytułować „magnificencją”, przeszła długą drogę. Ostatnie pięć lat życia upłynęło Elżbiecie Ćwiklińskiej na stworzeniu kilkunastoosobowej grupy samopomocowej. Włożyła w ten projekt nie odzyskane nigdy kilkadziesiąt tysięcy złotych. Powołała do życia edukacyjne stowarzyszenie pod nazwą Klasa Kobiet, które przekształciła w fundację, z myślą o założeniu Uniwersytetu, prowadzącego regularne, profesjonalne wykłady dla ludzi dojrzałych, którzy nie chcą zrezygnować z czynnego życia.
Jej dewiza to niesienie profesjonalnej pomocy seniorom. Od zawsze wiedziała, że groźba depresji u osób, przekraczających 50 rok życia, dotyczy przede wszystkim tych kobiet, które – zostając same – odcinają się od świata, porzucają kontakty towarzyskie, zamykają w odizolowanym, domowym świecie. Żyją w przekonaniu, że nie są nikomu do niczego potrzebne, przez co tracą chęć i cel życia. Hasłem, które z uporem przez lata propagowała, było: wyjdź z domu! Jej działania w ramach Klasy Kobiet otworzyły możliwość regularnych spotkań i rozmów na wszystkie interesujące kobiety tematy; integrowały je i dawały wiedzę, jak utrzymać się w dobrej formie – psychicznej i fizycznej.
Praca na rzecz Kongresu Kobiet przeniosła jej pasję na wyższą półkę. Elżbieta Ćwiklińska dołączyła do kongresowej Rady Programowej i w ramach tego najważniejszego ogólnopolskiego kobiecego przedsięwzięcia podczas kongresów prowadziła panele o problemach kobiet 50+. Wraz ze swoją Klasą Kobiet ostro zaangażowała się także w zdobywanie podpisów pod ustawą o parytetach.
Uniwersytet Drugiego Wieku ruszył na Mokotowie, w Centrum Łowicka. A Elżbieta Ćwiklińska zaprasza na stronę www.uniwersytetdrugiegowieku.pl.
Na pytanie o plany na przyszłość z szelmowskim uśmiechem odpowiada fragmentem piosenki z przezabawnego, hitowego, spektaklu Elżbiety Jodłowskiej: „Po sześćdziestce się rozkręcę!" - Planów mam mnóstwo. Kiedy Uniwersytet dojrzeje i stanie na własnych nogach, przyjdzie pora na kolejny projekt, który już we mnie kiełkuje - tajemniczo kończy rozmowę Ela Ćwilklińska.
Elżbieta Kisielewska
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawiak 50 plus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawiak 50 plus. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 listopada 2010
czwartek, 30 września 2010
Uzasadnienie na piśmie
O wykorzystywaniu potencjału życiowego, o tym jak rzeczywistość weryfikuje zamierzenia i o książkach z Marią Biłas - Najmrodzką, pomysłodawczynią projektu społecznego "Wędrujący klub czytających dzieciom" rozmawia Katarzyna Żak.
Jak w kilku słowach opisałaby pani swój projekt?
Wędrujący Klub czytający dzieciom to projekt, który realizuje się w domach dziecka, szpitalach dziecięcych, przedszkolach integracyjnych. Mówiąc krótko – wszędzie tam, gdzie dzieci są w sytuacji trudniejszej i mają w życiu pod górkę.
Skąd wziął się pomysł by powstał Wędrujący klub czytających dzieciom?
Z pewnego rodzaju filozofii życiowej. Teraz mamy pewien potencjał do zagospodarowania,
znacznie miej obowiązków niż miałyśmy przez całe życie, i świadomość , że ten potencjał można wykorzystać, przekuć na coś, co może się jeszcze komuś przydać. Wreszcie, człowiek ocenia swoje siły, możliwość stworzenia takiej grupy wolontariuszy, która podziela to samo zainteresowanie i może sprostać temu fizycznie mimo pewnego wieku. A nasza grupa to dziewczyny w wieku od 55 do 80 lat.
A jak to się wszystko zaczęło?
Przeczytałam w Polityce zaproszenie do konkursu, na projekt dla ludzi 55+. Było to ogłoszenie, które przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności wprowadzało Towarzystwo Inicjatyw Twórczych "ę". Wysłałam zgłoszenie, sprawa ucichła, i nawet nie sprawdzałam czy przeszłam do następnego etapu, czy nie. Wtedy odezwało się "ę" - informując, że dostałam się do następnego etapu. Zdziwiło mnie to ogromnie. Wyobrażałam sobie, że skoro jest to konkurs, na taki projekt, dla całej Polski to wiadomo ile tych projektów staje. Rzeczywiście, stanęło ich ponad czterysta czterdzieści. Z tego do drugiego etapu przeszło osiemdziesiąt, i ja się tam znalazłam. I tak związałam się z bardzo dobrym stowarzyszeniem, w którym są młodzi, bardzo kreatywni ludzie.
Wiadomo, że takie przedsięwzięcie to logistyczne wyzwanie. Jak sobie pani z nim poradziła?
Żeby nie powodować dodatkowych, niepotrzebnych kosztów, wszystkie nasze szkolenia, przygotowanie materiałów, książek odbywa się na spotkaniach u mnie w domu. Potem każdy idzie w wyznaczone miejsce i raz w tygodniu spotyka się tam z dziećmi. Czyli tych spotkań w efekcie zrobiło się strasznie dużo.
W ubiegłym roku pracowałyśmy jak stachanowcy. Miało być dwadzieścia spotkań, a było sto. To już nie są żarty.
Zdarzyło się, że miały panie tremę? Gdzie najtrudniej jest przełamać pierwsze lody?
Cały czas miałyśmy, i mamy tremę. Co prawda nie znam się na aktorstwie, a nasze kontakty
z dziećmi są kameralne, ale jest coś takiego, że ze sceny pani nie skrzywdzi ludzi, więc tam jest łatwiej.
Najtrudniej jest w domach dziecka. To kawał ciężkiej pracy z tymi biednymi maluchami,
które mają niedosyt wszystkiego. Dwie z nas odeszły, bo nie były w stanie wytrzymać pracy. Dla tych dzieci jest to również rekompensowanie dodatkowych potrzeb: indywidualnego zainteresowania, pochwał.
Niektóre z nich wychodzą do domu tylko na weekendy, inne nie mają nawet tego.
Myśmy sobie założyły, zwłaszcza u tych dzieci z domów dziecka, że jeśli chociaż jeden procent z nich zacznie dobrowolnie wracać do książki, to jest to wielki sukces.
Każda rzecz którą dostają zamienia się w jakiś niewyobrażalny skarb.
Wszystkie pieniądze, jakie miałyśmy przeznaczone na bilety dla nas, wszystko to zostało zamienione na to, co dzieciom może sprawiać przyjemność.
Czy przy wyborze książek panuje jakaś specjalna selekcja? Jak wygląda takie wspólne czytanie?
Korzystamy z książek, które są w pewnym spisie, poza tymi które wynajdujemy same. Mamy taką
manię, by co jakiś czas dzieci uczyły się z nami wierszyków. Są one przerywnikami pomiędzy czytaną prozą. Na początku czyta się dzieciom krótkie fragmenty, robi przerwę, a w jej czasie dzieci zazwyczaj coś ilustrują albo dopowiadają. Wszystko po to, by im się to tak szybko nie znudziło, wtedy cały sens
czytania i to, po co się to robi, przestaje istnieć. Jeżeli dziecko się znudzi, to więcej nie będzie chciało
do książki wrócić. A my docelowo zmierzamy do tego by tę pasję w dzieciach zaszczepić.
Pomijając to, że czyta pani książki dzieciom, wspólnie z Elżbietą Narbutt napisała też pani
własną – ‘Bigos w papilotach’ - która w zeszłym roku trafiła do księgarń. Skąd z kolei ten pomysł?
rozmawiała Katarzyna Żak.
Jak w kilku słowach opisałaby pani swój projekt?
Wędrujący Klub czytający dzieciom to projekt, który realizuje się w domach dziecka, szpitalach dziecięcych, przedszkolach integracyjnych. Mówiąc krótko – wszędzie tam, gdzie dzieci są w sytuacji trudniejszej i mają w życiu pod górkę.
Skąd wziął się pomysł by powstał Wędrujący klub czytających dzieciom?
Z pewnego rodzaju filozofii życiowej. Teraz mamy pewien potencjał do zagospodarowania,
znacznie miej obowiązków niż miałyśmy przez całe życie, i świadomość , że ten potencjał można wykorzystać, przekuć na coś, co może się jeszcze komuś przydać. Wreszcie, człowiek ocenia swoje siły, możliwość stworzenia takiej grupy wolontariuszy, która podziela to samo zainteresowanie i może sprostać temu fizycznie mimo pewnego wieku. A nasza grupa to dziewczyny w wieku od 55 do 80 lat.
A jak to się wszystko zaczęło?
Przeczytałam w Polityce zaproszenie do konkursu, na projekt dla ludzi 55+. Było to ogłoszenie, które przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności wprowadzało Towarzystwo Inicjatyw Twórczych "ę". Wysłałam zgłoszenie, sprawa ucichła, i nawet nie sprawdzałam czy przeszłam do następnego etapu, czy nie. Wtedy odezwało się "ę" - informując, że dostałam się do następnego etapu. Zdziwiło mnie to ogromnie. Wyobrażałam sobie, że skoro jest to konkurs, na taki projekt, dla całej Polski to wiadomo ile tych projektów staje. Rzeczywiście, stanęło ich ponad czterysta czterdzieści. Z tego do drugiego etapu przeszło osiemdziesiąt, i ja się tam znalazłam. I tak związałam się z bardzo dobrym stowarzyszeniem, w którym są młodzi, bardzo kreatywni ludzie.
Wiadomo, że takie przedsięwzięcie to logistyczne wyzwanie. Jak sobie pani z nim poradziła?
Żeby nie powodować dodatkowych, niepotrzebnych kosztów, wszystkie nasze szkolenia, przygotowanie materiałów, książek odbywa się na spotkaniach u mnie w domu. Potem każdy idzie w wyznaczone miejsce i raz w tygodniu spotyka się tam z dziećmi. Czyli tych spotkań w efekcie zrobiło się strasznie dużo.
W ubiegłym roku pracowałyśmy jak stachanowcy. Miało być dwadzieścia spotkań, a było sto. To już nie są żarty.
Zdarzyło się, że miały panie tremę? Gdzie najtrudniej jest przełamać pierwsze lody?
Cały czas miałyśmy, i mamy tremę. Co prawda nie znam się na aktorstwie, a nasze kontakty
z dziećmi są kameralne, ale jest coś takiego, że ze sceny pani nie skrzywdzi ludzi, więc tam jest łatwiej.
Najtrudniej jest w domach dziecka. To kawał ciężkiej pracy z tymi biednymi maluchami,
które mają niedosyt wszystkiego. Dwie z nas odeszły, bo nie były w stanie wytrzymać pracy. Dla tych dzieci jest to również rekompensowanie dodatkowych potrzeb: indywidualnego zainteresowania, pochwał.
Niektóre z nich wychodzą do domu tylko na weekendy, inne nie mają nawet tego.
Myśmy sobie założyły, zwłaszcza u tych dzieci z domów dziecka, że jeśli chociaż jeden procent z nich zacznie dobrowolnie wracać do książki, to jest to wielki sukces.
Każda rzecz którą dostają zamienia się w jakiś niewyobrażalny skarb.
Wszystkie pieniądze, jakie miałyśmy przeznaczone na bilety dla nas, wszystko to zostało zamienione na to, co dzieciom może sprawiać przyjemność.
Czy przy wyborze książek panuje jakaś specjalna selekcja? Jak wygląda takie wspólne czytanie?
Korzystamy z książek, które są w pewnym spisie, poza tymi które wynajdujemy same. Mamy taką
manię, by co jakiś czas dzieci uczyły się z nami wierszyków. Są one przerywnikami pomiędzy czytaną prozą. Na początku czyta się dzieciom krótkie fragmenty, robi przerwę, a w jej czasie dzieci zazwyczaj coś ilustrują albo dopowiadają. Wszystko po to, by im się to tak szybko nie znudziło, wtedy cały sens
czytania i to, po co się to robi, przestaje istnieć. Jeżeli dziecko się znudzi, to więcej nie będzie chciało
do książki wrócić. A my docelowo zmierzamy do tego by tę pasję w dzieciach zaszczepić.
Pomijając to, że czyta pani książki dzieciom, wspólnie z Elżbietą Narbutt napisała też pani
własną – ‘Bigos w papilotach’ - która w zeszłym roku trafiła do księgarń. Skąd z kolei ten pomysł?
Długo rozmawiałyśmy z Elżbietą. Ona ma za sobą 40 lat dziennikarstwa, a ja 40 lat bujnego życia zawodowego we wszystkich innych zawodach. Najpierw gadałyśmy, później pisałyśmy. Elżbieta uznała, że zwarto zrobić z tego książkę.
Nie mając żadnego doświadczenia na tym polu, zabrałam Elżbietę i pojechałyśmy zostawić maszynopis
w Świecie Książki. Wydawnictwo, które prowadzi ogromną działalność edytorską dobrze się o ‘Bigosie’ wypowiedziało, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Miałyśmy wtedy jedynie 40 stron książki, co ze strony autora jest podobno ogromną bezczelnością - zawieźć taki materiał i zapytać co o tym myśli (śmiech).
Potem dopisałyśmy resztę. Wydawnictwo znowu się dobrze wypowiedziało. Miało jednak wątpliwości.
Nie mając żadnego doświadczenia na tym polu, zabrałam Elżbietę i pojechałyśmy zostawić maszynopis
w Świecie Książki. Wydawnictwo, które prowadzi ogromną działalność edytorską dobrze się o ‘Bigosie’ wypowiedziało, żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Miałyśmy wtedy jedynie 40 stron książki, co ze strony autora jest podobno ogromną bezczelnością - zawieźć taki materiał i zapytać co o tym myśli (śmiech).
Potem dopisałyśmy resztę. Wydawnictwo znowu się dobrze wypowiedziało. Miało jednak wątpliwości.
Był to początek kryzysu i ze strony wydawcy pojawiły się obawy czy znajdą się czytelnicy.
Świat Książki dał nam uzasadnienie na piśmie, padło wiele komplementów, ale z uwagą, że oni wydają książki w ogromnych nakładach. A my jesteśmy w tej sytuacji, że oba nazwiska są nieznane na rynku od tej strony, i trudno jest promować dwie siedemdziesięcioletnie autorki tylko dlatego, że im się podoba książka. Z tą jednak uwagą, że każde mniejsze wydawnictwo nam to weźmie. I to się sprawdziło.
Świat Książki dał nam uzasadnienie na piśmie, padło wiele komplementów, ale z uwagą, że oni wydają książki w ogromnych nakładach. A my jesteśmy w tej sytuacji, że oba nazwiska są nieznane na rynku od tej strony, i trudno jest promować dwie siedemdziesięcioletnie autorki tylko dlatego, że im się podoba książka. Z tą jednak uwagą, że każde mniejsze wydawnictwo nam to weźmie. I to się sprawdziło.
rozmawiała Katarzyna Żak.
Etykiety:
Warszawiak 50 plus
środa, 14 lipca 2010
Bandyci, kurwy i złodzieje...
...czyli od stereotypu do przystanku. Rozmowa z Jackiem Szczapem, założycielem portalu przystanekpraga.pl
- Pamiętasz swoją teorię, że Azja zaczyna się po drugiej stronie Wisły?
- Jasne. Przez parę lat pierwszy koślawy billboard, jaki widziałem za mostem Poniatowskiego, był napisany cyrylicą – „pokupka zołota”. Praga zawsze była wielokulturowym miejscem, gdzie najpierw żyło mnóstwo Żydów – dziś nieobecnych, a potem masa ludzi ze wschodu. Myślę, że o takim wschodnio – międzynarodowym charakterze Pragi mocno zadecydował Jarmark Europa. Coś się zaczęło, ruszyło.
- Jaka jest twoja Praga?
- Mieszkam na Pradze 26 lat, bardziej z przypadku niż z miłości. Zanim się tu sprowadziłem, miałem w głowie tak: była Targowa, bazar, a dalej już tylko bandyci, kurwy i złodzieje. To się okazało absolutną nieprawdą. Mieszkam tu od ponad ćwierć wieku i miałem mniej niemiłych historii, niż w ciągu dwóch lat mieszkania w centrum Ochoty.
- Co lubisz na Pradze?
- Będę bardzo stereotypowy. Lubię tu mieszkać, bo jest wygodnie. Blisko jest pociąg, szkoła, przedszkole, sklepy. Ostatnio podobają mi się różne inicjatywy – Free Form Festival w Koneserze, Noc Pragi itd. Jest tu dużo fajnych, młodych ludzi, którzy coś robią. Od czterech – pięciu lat powstają kluby, kawiarnie, które sprawiają, że ludzie znowu zaczynają być razem. Czuję, że mieszkam w dzielnicy, która chyba ma w tej chwili najbardziej wyraźną tożsamość w Warszawie.
- Rodowici prażanie raczej jednak omijają te nowe miejsca szerokim łukiem.
- Są w pewnym sensie wykluczeni. Po pierwsze, nie są w kanałach komunikacji. Poza tym, dla nich piwo tam sprzedawane jest po prostu za drogie. No i klimat tych miejsc jest taki, że oni się tam źle czują. Są tutaj różne imprezy, które nie są skierowane do mieszkańców, tylko na charakter Pragi – że jest fajnie, ludzie się bawią, są kluby. Ale na Free Form Festival nie pójdą ludzie z Brzeskiej. Bilety są za drogie, a poza tym oni w ogóle nie funkcjonują w tej kulturze. Za to np. Muzyczny Spacer jest już dla nich. Dlatego uważam to za bardzo fajną inicjatywę. Ale może to trochę smutne, że cała ta moda na Pragę, to, co się tutaj dzieje - galerie, kluby, restauracje – działa trochę tak, jakby nie było dla prażan.
- A Ty postanowiłeś coś dla nich zrobić i założyłeś portal Przystanek Praga, mimo dobrze płatnej pracy w centrum.
- Tak, ale nie zrezygnowałem z niej ze względu na Przystanek. Byłem szefem marketingu w Rzepie. Ale raz zdenerwowałem się, rzuciłem papierami o stół i od tej pory nie pracuję na etacie. A z Przystankiem było tak, że na 50 – leciu SKPB (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) spotkałem kolegę, który prowadzi portal Elbląga – portel. Sprawdziłem statystyki i okazało się, że w Elblągu portel jest w tym samym szeregu co gazeta.pl. Pomyślałem – jak to jest w Warszawie? Nie ma żadnego portalu warszawskiego. Stwierdziłem, że Warszawa jest za duża, żeby miała swój lokalny portal. Jeśli mieszkasz w Falenicy, nie obchodzi cię, co dzieje się na Bielanach. No to założyłem przystanekpraga.
- Kiedy pierwszy raz zagląda się na twój portal, ma się wrażenie sporego chaosu, miszmaszu wielu informacji z różnych dziedzin. Na co stawiasz, a co chcesz w nim zmienić?
- Jest za dużo kultury. Ostatnio najwięcej wejść miałem – to dość smutne – na informację, że na Białołęce zginęło dziecko. Wypadki, pożary, ale też sprawy czysto lokalne – zamykanie, otwieranie ulic – to ludzi, którzy tu mieszkają, najbardziej kręci. Nie obchodzi ich, co się będzie działo w Śnie Pszczoły.
- Twój portal za kilka lat – jak go widzisz?
- Chciałbym, żeby przystanekpraga pomagał ludziom rozwijać ich poczucie lokalnej tożsamości. Jeszcze taki nie jest, choćby ze względu na szczupłość zasobów ludzkich. Nie piszemy o wszystkich sprawach, które naprawdę ludzi obchodzą. Czasami piszemy o bzdetach. W Warszawie nie ma mediów lokalnych, które byłyby w stanie kontrolować władzę na poziomie dzielnicy. Chciałbym, żeby przystanekpraga był silnym medium – zwłaszcza na terenie centralnej Pragi, ale bez zaniedbywania peryferiów.
- Chciałbym, żeby przystanekpraga pomagał ludziom rozwijać ich poczucie lokalnej tożsamości. Jeszcze taki nie jest, choćby ze względu na szczupłość zasobów ludzkich. Nie piszemy o wszystkich sprawach, które naprawdę ludzi obchodzą. Czasami piszemy o bzdetach. W Warszawie nie ma mediów lokalnych, które byłyby w stanie kontrolować władzę na poziomie dzielnicy. Chciałbym, żeby przystanekpraga był silnym medium – zwłaszcza na terenie centralnej Pragi, ale bez zaniedbywania peryferiów.
- Czy według ciebie Praga jest przyjazna osobom w twoim wieku, czyli 50 plus?
- Myślę, że Praga centralna jest przyjazna. Jest spokojnie, w miarę czysto, jest dobra infrastruktura, bar mleczny, Carrefour.
- A rozrywka? Praskie kluby przyciągają młodsze osoby. Co ze starszymi?
- W klubach rzeczywiście 99% jest dla młodych. Ale przecież są teatry. Są Opary Absurdu, ale jest też Czarny Motyl i Szwenkier. Nie zdziwiłbym się, gdybym w Czarnym Motylu zobaczył 70-letniego mężczyznę w panamie, który czyta „Le Figaro”. Chociaż tutaj starsi ludzie przychodzą głównie do baru mlecznego. Ale to nie z nimi jest największy problem, bo oni i tak czują coraz mniejszą potrzebę aktywności na zewnątrz. Większym problemem są inicjatywy dla młodszego pokolenia. Brakuje miejsc, gdzie można przyjść z małym dzieckiem. Co tu jest dla dzieciaków nastoletnich, od 10 do 18 lat? Co dla nich ta przestrzeń ma do zaoferowania, poza piłką? Starsze pokolenia nie wybierają tylko oferty dzielnicowej, ale też wydarzenia warszawskie. Ale dzieciaki funkcjonują lokalnie.
Rozmawiała Zuzia Mączyńska
Rozmawiała Zuzia Mączyńska
Etykiety:
Warszawiak 50 plus
czwartek, 1 lipca 2010
Kocie Oczy
W maju, przy ulicy Chmielnej 13 powstała Galeria Kocie Oczy. Znajduje się ona niedaleko sklepiku z pączkami, w bocznej alejce. Po schodkach wchodzi w świat, w którym łypią na nas kocie oczy. Właścicielka galerii Jolanta Indulska ma 52 lata, przez większość swojego życia pracowała jako księgowa w różnych miejscach. Dziś zaprasza do siebie na Chmielną wszystkich miłośników kotów.
fot. Karolina Pluta
Pierwszy kot w życiu pani Jolanty pojawił się po śmierci jej teścia. Miał nietypowe zadanie: uciszyć ślady obecności zmarłego w domu pani Jolanty. I uciszył, a potem patrzył się na nią znajomym wzrokiem teścia… I zauroczył swoją właścicielkę raz na zawsze.
Wtedy narodziła się pasja, którą pani Jolanta zaraża wszystkich dookoła: córki koleżanek malują dla niej koty, syn znajomej, siedmiolatek, rysuje.
“Kiedy zobaczyłam tę piwnicę, powiedziałam: to musi być moje.”
Galeria powstała przy Chmielnej przez przypadek, ale znalazła się we właściwym miejscu. Ulica ma specyficzny klimat, Galeria także. I choć przestrzeń ta powstała w zaledwie w tydzień, trudno się dziwić – to zasługa kotów. Znajdziemy tu koty wszelkiego rodzaju i maści, a także grafiki, obrazy, zegary, anioły i biżuterię. Można kupić koty drewniane, egipskie, na kubkach i kolczykach. Wizerunki kotów namalowane na kieliszkach to dzieła właścicielki.
Opowieść o tysiącu i jednym kocie.
Dziś kolekcja kotów pani Jolanty liczy ponad tysiąc eksponatów. Przybywają one ze wszystkich stron świata, a robione są z drewna i porcelany, chleba, a nawet i siana. Pani Jolanta zna historię każdego kota. Największy sentyment żywi do eksponatów odratowanych ze śmietnika, a taki los czekał na przykład dziewiętnastowieczną porcelanową figurkę i witraż z namalowanym kociakiem. Jednak żaden z kolekcjonowanych kotów nie może liczyć na taką miłość jak Grubcia, charakterna kotka pani Jolanty. Każdy kot ma charakter, a ten to kot-demolka. Grubcia wypija pani Jolancie mleko z kubka, ssie palec i do tego jest gadułą W galerii czasami pojawia się też Toffi. To biały kot, który witał gości na Chmielnej podczas otwarcia galerii 15 maja dokładnie o 15.13.
Julia Ślęzak
Etykiety:
Warszawiak 50 plus
Subskrybuj:
Posty (Atom)

