Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawskie Opowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawskie Opowieści. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2010

Na film czy do kina?

Za czasów mojej odległej młodości chodziło się albo na film, albo do kina. Na film szło się samemu, z rodzicami, koleżanką, kolegą. Do kina, tylko z chłopakiem, bo oglądanie filmu było zajęciem zdecydowanie drugoplanowym. Ważniejsza była możliwość poprzytulania się w ciemnościach.

Rozumieli tę potrzebę projektanci przedwojennych kin. Ówczesne sale były, z reguły, otoczone zacisznymi lożami, idealnymi do flirtów. Chodzenie do kina mnie ominęło. Jakoś nie miałam specjalnego wzięcia u kolegów ze szkolnej ławy; byłam kuplem, a z takim chodziło się na filmy. Może to i dobrze bo pamiętam wiele arcydzieł kinematografii, o których moje wówczas bardzo atrakcyjne koleżanki nie mają pojęcia.

Warszawa powojenna nie miała kin nadających się do randkowania. Wyjątkiem było kino Pod Kopułą, w dzisiejszym ministerstwie gospodarki, wcześniej – Komisji Planowania, a jeszcze wcześniej – Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego. W kinie tym z początkiem lat sześćdziesiątych, oprócz seansów dla zwykłych ludzi z ulicy, odbywały się projekcje dla pracowników urzędów centralnych. Dzięki karnetowi odkupionemu od znajomego woźnego z PKPG, mogłam już wtedy obejrzeć zakazany owoc Zachodu – film z Jamesem Bondem. To były czasy. A dzisiaj? Każdy może sobie Bonda obejrzeć jak nie w kinie, to na dvd w telewizorze. Tyle, że frajda nieco mniejsza, bo bez wysiłku.

Elżbieta

piątek, 30 lipca 2010

Saska Kępa Multi Kulti


To już koniec azjatyckich barów na Stadionie Dziesięciolecia. W zeszły weekend odbyło się ich huczne pożegnanie. Dla wielu warszawiaków to prawdziwe nieszczęście.


Imprezowicze zdążyli już przyzwyczaić się do wietnamskiej zupy pho, jedzonej bladym świtem, a smakosze – do świeżej kolendry i egzotycznych owoców sprzedawanych w wietnamskim sklepie z mydłem i powidłem. Niestety – to koniec gruzińskich szaszłyków i baru Sri Lanka. Z mapy Warszawy zniknęło jedno z jej charakterystycznych, multikulturowych miejsc.
Na szczęście tuż za rondem Waszyngtona zaczyna się Saska Kępa, najbardziej przyjazna obcokrajowcom dzielnica Warszawy.
Saska Kępa ma międzynarodowe konotacje początków swojego istnienia. Pierwszymi osadnikami niezamieszkanej do XVII wieku Kępy byli Fryzowie i Flamandowie, uciekający przed prześladowaniami religijnymi po rewolucji niderlandzkiej. Podpisali z warszawskim magistratem umowę na 40 – letnią dzierżawę nadwiślańskich terenów. Kępa zaczęła być nazywana Kępą Holenderską, Oleandrami, a nawet Holandią. Potem teren przekazywano m.in. Szkotom i litewskiej rodzinie Denhoffów. W 1735 r. Kępę wydzierżawił król August III, który upodobał sobie ten teren do zabawy i wypoczynku. To właśnie wtedy Kępa uzyskała przydomek „saska”, używany przez nas do dziś.
O kosmopolityzmie Saskiej Kępy przypominają też nazwy jej ulic – Francuska (najbardziej reprezentatywna aleja dzielnicy, obecnie w remoncie), Argentyńska, Kubańska, Kanadyjska, Indyjska to tylko niektóre z nich. Międzynarodowe nazwy to nie przypadek. W 1940 roku Warszawa miała gościć Wystawę Światową. Z tej okazji w okolicach obecnego Stadionu Dziesięciolecia planowano utworzyć dzielnicę wystawową, specjalnie dla przybyszów z całego świata. Przyszła wojna, wystawa nigdy się nie odbyła, ale nazwy zostały.
Obecnie Saska Kępa rozwija swój międzynarodowy charakter. Bliskość Jarmarku Europa sprawiła, że w dzielnicy zamieszkało wielu wietnamskich handlarzy i afrykańskich restauratorów. Zaczęto nawet nazywać Kępę „Małą Azją”. Oprócz tego w dzielnicy mieści się 14 zagranicznych placówek dyplomatycznych i kilka ambasadorskich rezydencji. Chodzą słuchy, że na Kępie mieszka też sporo zagranicznych dziennikarzy, choć ich liczba jest bliżej nieznana. Na terenie dzielnicy znajdują się restauracje ze smakami z całego świata, m.in. senegalska, węgierska, grecka, włoska i japońska. I oczywiście francuska.
Zuzia Mączyńska

środa, 28 lipca 2010

Chłopcy z praskiej Legii pod rękę z Madelon

Historię piosenki o Madelon usłyszałem, gdy pewnego razu wziąłem do ręki instrument, którego ojciec był profesorem we wrocławskim konserwatorium. Madelon znali wszyscy warszawiacy, to był znak rozpoznawczy reprezentacyjnej Orkiestry Wojska Polskiego, jak opowiadał ojciec. A grali w niej żołnierze 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej, który stacjonował na praskiej ulicy 11 Listopada. To była jedyna taka jednostka w polskim wojsku: składała się ze studentów warszawskich uczelni, w tym Warszawskiego Konserwatorium. Studiowanie w Konserwatorium nie było łatwe. Młodzi studenci – żołnierze grający w Orkiestrze wzywani byli na wszelkie uroczystości państwowe. A w trakcie przemarszów przez miasto, w salach Zamku Królewskiego podczas fet i uroczystości, na wzór żołnierzy francuskiej Legii Akademickiej grali Madelon, piosenkę o pięknej, usłużnej panience, której refren zaczynał się od słów : „Gdy Madelon do stołu nam podaje”... 

Tak śpiewając, maszerowali po kocich łbach w ciężkich, podkutych buciorach. Szli z 11 Listopada, przez całą Warszawę, na Pola Mokotowskie, na Dworzec Główny lub na Powązki, gdzie towarzyszyli pogrzebom patriotów i wysokich urzędników państwowych.

Ciężkie buciory, w których maszerowali ulicami Warszawy, to nie były buty od Baty ani Adidasa. Kilometrowe przemarsze pułku dawały mnóstwo radości mieszkańcom, zwłaszcza dzieciakom, biegnącym zawsze za orkiestrą, ale pozostawiały po sobie bąble i odciski na stopach przyszłych wirtuozów. A ponieważ nie było wówczas na wyposażeniu żołnierza precyzyjnego sprzętu pedicure, jedynym środkiem leczenia była dwuetapowa terapia. Pierwszy etap, to długie moczenie w gorącej wodzie, drugi – wycinanie odcisków wojskową żyletką.

Co przystojniejszych żołnierzy Legii rekrutowała też Kompania Zamkowa, która brała udział nie tylko w oficjalnych obchodach rocznicowych na Zamku ale, co było o wiele ciekawsze i bardziej przyjemne – w częściach artystycznych tych uroczystości. Nie byli oczywiście fordanserami ani umyślnymi – to spośród nich właśnie rekrutowały się orkiestry taneczne, w tym jazzowe.

Czy grano Madelon także wtedy, gdy sierpniową nocą 1939 roku żołnierze 36 pułku Piechoty Legii Akademickiej z praskiej ulicy 11 Listopada pospiesznym marszem wyruszyli pod Wieluń, na front? Tam, wraz ze śmiercią swoich żołnierzy, piosenka odeszła na zawsze, w sferę wspomnień.

Andrzej Artur Lipiński

środa, 30 czerwca 2010

Kolorowa Chmielna w szarym PRL-u

W PRL-u Chmielna oferowała obywatelom wspaniałe złudy: wolnego handlu, wolnego słowa i otwarcia na świat. Gościła komunistyczne wentyle bezpieczeństwa: prywatne sklepiki, 
Kabaret Pod Egidą, redakcję Polityki i kino Atlantic.

Chmielna z PRL-u to oczywiście podziemny pseudonim. Nazwa oficjalna to: Rutkowskiego. Zjeżdżają się na nią ludzie z całej Polski, bo jest tu to wszystko, czego nie ma gdzie indziej. W prywaciarskich sklepikach – dla strażników systemu niegroźnych, bo tylko nikły procent ludności ma cień wiedzy, jak się prowadzi firmę - są ciuchy szał-ciał elegancja. Raz, dwa razy w roku coś się uda zaoszczędzić i kupić. I wtedy jest się naprawdę szczęśliwym. Wentyl bezpieczeństwa spełnia swoja rolę.

W Towarzystwie Przyjaciół Sztuk Pięknych pod nr 5 w latach 1968-1975 grywa kabaret Pod Egidą.
Jan Pietrzak musi opóźnić premierę o kilka miesięcy, bo trwają zacięte boje z cenzurą. Ówczesny polski inteligent pożąda Egidy namiętnie - to jedyne takie miejsce w Polsce. Wschodzące sławy poetyckie Jonasz Kofta i Adam Kreczmar, genialni aktorzy Kazimierz Rudzki i Barbara Kraftówna oraz Jan Stanisławski, Wojciech Siemion i Anna Prucnal prezentują teksty dla publiczności, która śmieje się ze ściśniętym gardłem, bo są tak straszliwie polityczne, że strach się bać! Tej złośliwej sugestii, ośmieszającego domysłu, dwuznacznego podtekstu, perfidnej dwuznaczności, szyderczego przypuszczenia i okrutnego podejrzenia, że to O TO właśnie chodzi! O to, co z tyłu głowy tylko, bo niedopuszczane do przednich płatów mózgowych, bo zakazane, bo bezpieka, bo nielegalne stanowczo poza tą mikroskopijną salką, pełną tytoniowego dymu. Pod Egidą to niemiłosiernie ocenzurowany, ale jednak wentyl. Pół Polski na ucho sobie opowiada, co słyszał na Chmielnej znajomy znajomego.

Pod tym samym adresem w latach 1970-1975 działa redakcja tygodnika „Polityka”. W Polsce nie ma inteligenta, który jej nie czyta. To jedyne pismo, które opowiada nam o Polsce i o świecie za żelazną kurtyną. Jej szefowi, Rakowskiemu, udaje się przekonać partyjnych włodarzy, że dla dobra ojczyzny pod wezwaniem PZPR musi istnieć szczelina, „wiecie, rozumiecie...” -wentyl. Polski inteligent dostaje więc, w charakterze dobrze oskrobanej marchewki, teksty, których nigdzie indziej cenzura by nie puściła.

Na końcu Chmielnej, tuz przed Marszałkowską - Atlantic, najstarsze kino stolicy i pierwsze otwarte po wojnie. Warszawiacy biegają do niego co roku z okazji Festiwalu Festiwali Filmowych, nazwanego potem Konfrontacje. To jedyna w Polsce okazja, aby zobaczyć światowe hity z ostatnich lat. Wentyl bezpieczeństwa, do którego stoją kolejki, jakich dzisiejszy młody widz nawet wyobrazić sobie nie potrafi. Kolejki do reglamentowanej wolności.
Takie były kolory Chmielnej w szarym PRL-u.

Elżbieta Kisielewska