piątek, 30 lipca 2010

Saska Kępa Multi Kulti


To już koniec azjatyckich barów na Stadionie Dziesięciolecia. W zeszły weekend odbyło się ich huczne pożegnanie. Dla wielu warszawiaków to prawdziwe nieszczęście.


Imprezowicze zdążyli już przyzwyczaić się do wietnamskiej zupy pho, jedzonej bladym świtem, a smakosze – do świeżej kolendry i egzotycznych owoców sprzedawanych w wietnamskim sklepie z mydłem i powidłem. Niestety – to koniec gruzińskich szaszłyków i baru Sri Lanka. Z mapy Warszawy zniknęło jedno z jej charakterystycznych, multikulturowych miejsc.
Na szczęście tuż za rondem Waszyngtona zaczyna się Saska Kępa, najbardziej przyjazna obcokrajowcom dzielnica Warszawy.
Saska Kępa ma międzynarodowe konotacje początków swojego istnienia. Pierwszymi osadnikami niezamieszkanej do XVII wieku Kępy byli Fryzowie i Flamandowie, uciekający przed prześladowaniami religijnymi po rewolucji niderlandzkiej. Podpisali z warszawskim magistratem umowę na 40 – letnią dzierżawę nadwiślańskich terenów. Kępa zaczęła być nazywana Kępą Holenderską, Oleandrami, a nawet Holandią. Potem teren przekazywano m.in. Szkotom i litewskiej rodzinie Denhoffów. W 1735 r. Kępę wydzierżawił król August III, który upodobał sobie ten teren do zabawy i wypoczynku. To właśnie wtedy Kępa uzyskała przydomek „saska”, używany przez nas do dziś.
O kosmopolityzmie Saskiej Kępy przypominają też nazwy jej ulic – Francuska (najbardziej reprezentatywna aleja dzielnicy, obecnie w remoncie), Argentyńska, Kubańska, Kanadyjska, Indyjska to tylko niektóre z nich. Międzynarodowe nazwy to nie przypadek. W 1940 roku Warszawa miała gościć Wystawę Światową. Z tej okazji w okolicach obecnego Stadionu Dziesięciolecia planowano utworzyć dzielnicę wystawową, specjalnie dla przybyszów z całego świata. Przyszła wojna, wystawa nigdy się nie odbyła, ale nazwy zostały.
Obecnie Saska Kępa rozwija swój międzynarodowy charakter. Bliskość Jarmarku Europa sprawiła, że w dzielnicy zamieszkało wielu wietnamskich handlarzy i afrykańskich restauratorów. Zaczęto nawet nazywać Kępę „Małą Azją”. Oprócz tego w dzielnicy mieści się 14 zagranicznych placówek dyplomatycznych i kilka ambasadorskich rezydencji. Chodzą słuchy, że na Kępie mieszka też sporo zagranicznych dziennikarzy, choć ich liczba jest bliżej nieznana. Na terenie dzielnicy znajdują się restauracje ze smakami z całego świata, m.in. senegalska, węgierska, grecka, włoska i japońska. I oczywiście francuska.
Zuzia Mączyńska

środa, 28 lipca 2010

Chłopcy z praskiej Legii pod rękę z Madelon

Historię piosenki o Madelon usłyszałem, gdy pewnego razu wziąłem do ręki instrument, którego ojciec był profesorem we wrocławskim konserwatorium. Madelon znali wszyscy warszawiacy, to był znak rozpoznawczy reprezentacyjnej Orkiestry Wojska Polskiego, jak opowiadał ojciec. A grali w niej żołnierze 36 Pułku Piechoty Legii Akademickiej, który stacjonował na praskiej ulicy 11 Listopada. To była jedyna taka jednostka w polskim wojsku: składała się ze studentów warszawskich uczelni, w tym Warszawskiego Konserwatorium. Studiowanie w Konserwatorium nie było łatwe. Młodzi studenci – żołnierze grający w Orkiestrze wzywani byli na wszelkie uroczystości państwowe. A w trakcie przemarszów przez miasto, w salach Zamku Królewskiego podczas fet i uroczystości, na wzór żołnierzy francuskiej Legii Akademickiej grali Madelon, piosenkę o pięknej, usłużnej panience, której refren zaczynał się od słów : „Gdy Madelon do stołu nam podaje”... 

Tak śpiewając, maszerowali po kocich łbach w ciężkich, podkutych buciorach. Szli z 11 Listopada, przez całą Warszawę, na Pola Mokotowskie, na Dworzec Główny lub na Powązki, gdzie towarzyszyli pogrzebom patriotów i wysokich urzędników państwowych.

Ciężkie buciory, w których maszerowali ulicami Warszawy, to nie były buty od Baty ani Adidasa. Kilometrowe przemarsze pułku dawały mnóstwo radości mieszkańcom, zwłaszcza dzieciakom, biegnącym zawsze za orkiestrą, ale pozostawiały po sobie bąble i odciski na stopach przyszłych wirtuozów. A ponieważ nie było wówczas na wyposażeniu żołnierza precyzyjnego sprzętu pedicure, jedynym środkiem leczenia była dwuetapowa terapia. Pierwszy etap, to długie moczenie w gorącej wodzie, drugi – wycinanie odcisków wojskową żyletką.

Co przystojniejszych żołnierzy Legii rekrutowała też Kompania Zamkowa, która brała udział nie tylko w oficjalnych obchodach rocznicowych na Zamku ale, co było o wiele ciekawsze i bardziej przyjemne – w częściach artystycznych tych uroczystości. Nie byli oczywiście fordanserami ani umyślnymi – to spośród nich właśnie rekrutowały się orkiestry taneczne, w tym jazzowe.

Czy grano Madelon także wtedy, gdy sierpniową nocą 1939 roku żołnierze 36 pułku Piechoty Legii Akademickiej z praskiej ulicy 11 Listopada pospiesznym marszem wyruszyli pod Wieluń, na front? Tam, wraz ze śmiercią swoich żołnierzy, piosenka odeszła na zawsze, w sferę wspomnień.

Andrzej Artur Lipiński

wtorek, 27 lipca 2010

Trzeba odhibernować Kępę!

Saska Kępa. Finlandzka 12a. Piątkowe popołudnie. Upał.

Kiedy skończy się ten upał nie wie pani? Strasznie gorąco. Zawsze sobie tu siadam i odpoczywam jak idę na pocztę albo do sklepu. - zaczyna ze mną rozmowę Irena Majewska mieszkanka Saskiej Kępy.
- Mieszkam niedaleko, na Lipskiej, lubię tu przychodzić, bo zawsze spotkam kogoś z kim można chwilę porozmawiać. I dziewczyny z kawiarni są takie miłe. Tu jest tak zacisznie.

Irena Majewska mieszkanka Saskiej Kępy odpoczywa  w ogródku Kępa Cafe.
Panie Irena przez 20 lat uczyła biologii w pobliskim liceum im. B.Prusa.


O miłości do Kępy – tej z kawą i tej saskiej, o miejscu przyjaznym seniorom oraz o potrzebie działania opowiada Ala Pękalska, właścicielka najbardziej rozpoznawalnej kawiarni na prawdziwej, choć niepozornej, warszawskiej wyspie – Kępa Cafe.

Dla kogo i dlaczego powstała Kępa Cafe?
Dla zmęczonych sieciowymi kawiarniami, kawą nescafe i standardem warszawskich kawiarni; dla mieszkańców Saskiej Kępy i jej sympatyków, wszystkich którzy interesują się przestrzenią w której mieszkają, swoim miastem, dzielnicą.

Kępa Cafe w ciągu zaledwie dwóch lat stała się lokalnym centrum życia społeczno – kulturalnego. Jak to się robi?
Chyba po prostu trzeba lubić przestrzeń w której się działa, interesować się nią i chcieć mieć na nią wpływ. Ale żeby mieć wpływ trzeba się postarać: wyjść na zewnątrz, do ludzi, sięgnąć do historii, poznać lokalne organizacje, rozmawiać, podjąć się próby integracji lokalnego środowiska. I już. Jeśli jest trafi się dobrze - pojawia się odzew. Gdyby nie było zapotrzebowania społecznego na takie miejsce jak Kępa, pewnie
ta kawiarnia nie zaistniałaby na mapie Saskiej Kępy i Warszawy. Tymczasem okazało się, że miejsce,
w którym można znaleźć informator o dzielnicy, mapę, kupić pocztówkę z Saskiej Kępy czy poszperać na półce z albumami o Pradze, przyciąga nie tylko mieszkańców Saskiej Kępy, ale także turystów 
i cudzoziemców mieszkających w stolicy. Być może dlatego, że nie ma takich miejsc zbyt wiele? Biblioteki, urzędy, wydziały kultury nie próbują być otwarte, nie wychodzą z informacjami, inicjatywami do mieszkańców, dla których pracują. Może nie mają czasu, nie pozwalają im na to procedury? Może nie wiedzą jak, a może po prostu nie lubią swojej pracy? A my lubimy swoją dzielnicę, a działanie wspólnie z lokalną społecznością może być bardzo przyjemne. Odzew z jakim spotykamy się na co dzień jest bardzo motywujący. Z resztą sam fakt, że nie jest to już działanie "na rzecz" ale "wspólnie z", jest świetny! Ludzie
chcą wiedzieć, co dzieje się w ich sąsiedztwie, chcą je tworzyć, często jest to jednak utrudnione przez brak dostępu do informacji (nie każdy senior ma internet) i brak konsultacji społecznych.
Każda dzielnica tylko zyskałaby na wspieraniu i promowaniu podobnych miejsc, jak Kępa Cafe. Wyobraźmy sobie klubokawiarnie jako punkt kontaktowy między urzędem, samorządem a mieszkańcami – wspólne ustalanie priorytetów, konsultowanie planów rewitalizacji.. a tymczasem są to światy funkcjonujące na równoległych płaszczyznach. Nam uda o się przeciąć ścieżki urzędników, samorządowców, lokalnych ngo'sów i mieszkańców: młodych aktywistów i niepokornych seniorów.

 Wejście do Kępa Cafe.

Dlaczego zależy ci, żeby angażować się w to, co się dzieje na Kępie, brać udział w
dyskusjach i spotkaniach?
To irytujące, że większość decyzji o moim podwórku podejmują urzędnicy, którzy nigdy na nim nie byli! 
Nie lubię być stawiana przed faktem dokonanym, nie chcę mieszkać w nudnej dzielnicy, jeździć do kina na drugi brzeg Wisły, trzeba odhibernować najfajniejszą dzielnicę Warszawy. Nie można narzekać, kiedy samemu nic się nie robi, to dopiero jest beznadziejne. Poza tym, jeśli mieszka się gdzieś z wyboru, zwyczajnie chce się działać.

Miejsce przyjazne seniorom – co to dla ciebie znaczy? Jaka powinna być
kawiarnia przyjazna seniorom, czym takie miejsce musi się charakteryzować?
To taka kawiarnia, gdzie przede wszystkim seniorzy są na prawdę mile widziani, gdzie mogą porozmawiać 
z obsługą, swobodnie się poczuć, znaleźć coś interesującego dla siebie, jak książki historyczne, prasę. Pomagają w tym też prozaiczne rzeczy, takie jak wybór mebli. I nie musi to być koniecznie art deco, ale coś, na czym będą mogli wygodnie usiąść, czyli coś innego niż hoker lub sofa klubowa.

Kępę w dużej mierze zamieszkują osoby starsze, a kawa, koktajl czy herbata kosztują
nawet 12 złotych. To dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę wysokość przeciętnej emerytury
czy renty. Czy można coś z tym zrobić?
Warto by pomyśleć, co zrobić, żeby seniorzy mieli gdzie odpocząć, nie chodząc do kawiarni. Na Kępie najmilej jest na świeżym powietrzu. Sęk tylko w tym, że nie ma tu zbyt wielu ławek. Najbliższa znajduje się w okolicy źródełka z wodą oligoceńską, jest na przystanku autobusowym oddalonym o 2 przecznice. Bez komentarza. Poza tym tutaj seniorzy często chodzą do takich kawiarni, które funkcjonują od kilkudziesięciu lat, nie mają wygórowanych cen, a w menu znajdziesz kawę po turecku, przekąsisz nóżki. W nich chyba
czują się najswobodniej, spotykają znajomych. Uwielbiam te miejsca, są o wiele ciekawsze niż kawiarnie na Francuskiej. Nie zauważyłam, żeby seniorzy potrzebowali caffe latte z serduszkiem czy koktajl w szklance z nóżką. Kawa po turecku za piątkę jest okej, nie traćmy czasu na zbędne sprawy.
Do nas czasem też przychodzą, nie wiem czemu, ale to bardzo miłe. Może dlatego, że mogą sobie pogadać z obsługą o historii, o życiu, takich tam…

Czym przyciągasz Warszawiaków latem do Kępy?
Leżakami spacerami lemoniadą za piątkę, najlepszymi koktajlami w mieście. O mamo, niczym chyba… 
Sami przychodzą (śmiech).

rozmowa i zdjęcia
Karolina Pluta

środa, 21 lipca 2010

Z(a)jeżona Saska Kępa



Z dobrze poinformowanego źródła wiem, że Saska Kępa jest oblegana przez jeże. Chociaż ja na zorganizowanym po tej dzielnicy spacerze (z ludźmi), widziałam głównie koty.

rysunki i tekst: Marta Zabłocka

wtorek, 20 lipca 2010

Hej, na Pragę!

Modę na praskie teatry wykreowała A(p)olonia Warlikowskiego w Wytwórni, a potem Maria Peszek w Fabryce Trzciny. Teraz widzów zaprasza Teatr Praga, ale prawdziwy mariaż tej dzielnicy z teatrem trwa od lat!

54 LATA TEMU…
…rzeczna barka praskiego Teatru Ziemi Mazowieckiej, wyposażona w scenę i widownię, dopływa do wioski na wiślanej wyspie. Okazuje się, że jest to miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nic to, że mieszkańcy nigdy nie widzieli teatru. Oni w czasie wojny i okupacji ani razu nie widzieli Niemców!
Kończy się przedstawienie. Nie ma oklasków. – Nie podobało się? – pytają aktorzy. – Okropnie się podobało! – wołają widzowie. – Więc dlaczego nie klaskaliście? – A dlaczego mielibyśmy klaskać?
W czasie przedstawienia cisza jak makiem zasiał. Gdy aktorzy wychodzą do ukłonów, widzowie wstają i z wdzięcznością …odkłaniają się.
Po sztuce, w której dorosłe dzieci decydują się oddać zniedołężniałego ojca do domu starców, za kulisy przychodzi zapłakana babina. – Nie oddawajcie go – mówi. U mnie w chałupie znajdzie się dla niego miejsce.
Teatr na rzecznej barce tworzyły wychowanki wielkiego Leona Schillera: Wanda Wróblewska i Krystyna Berwińska. Przez trzynaście lat, w tym dziesięć bez stałej sceny, realizowały ideę teatru ludowego. Uznanie i sławę przyniosły im rajdy teatralnej barki wzdłuż brzegów Wisły. – Chciałyśmy prostymi środkami pobudzać wyobraźnię widza, rozwijać w nim szlachetne uczucia – pisały o swojej pracy.

41 LAT TEMU…
…wybitny aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, Aleksander Sewruk przez sześć lat prowadzi teatr objazdowy, ze stałą siedzibą przy Szwedzkiej 2/4, gdzie dzisiaj mieści się chrześcijański zbór Świadków Jehowy. To teatr edukacyjny, który odgrywa poważną rolę w życiu kulturalnym całego województwa.

35 LAT TEMU…
…scenę obejmuje Andrzej Ziębiński i zmienia nazwę na Teatr Popularny. Przez piętnaście lat realizuje klasyczny i współczesny repertuar realistyczny na przyzwoitym poziomie, regularnie zapełniając 90 proc. widowni. Aktorzy grają na macierzystej scenie przez cały tydzień, dodatkowo na scenach wojewódzkich domów kultury.

20 LAT TEMU…
...następuje radykalny zwrot. Pod nazwą Teatr Szwedzka 2/4 powstaje teatr awangardowy. Serwuje intrygujące propozycje repertuarowe, a to z wodą, a to z piaskiem na scenie. Ale to klasyczny falstart, bo czasy przełomu nie sprzyjają awangardzie. Po czterech latach scena przestaje istnieć. Zespół zostaje przeniesiony do Teatru Rozmaitości. Szefowie: Wojciech Maryański i Krzysztof Kelm z powodzeniem działają w warszawskim życiu artystycznym. Gdyby awangardowe ataki zaczynali dzisiaj, teatralna konkurencja wokół Ząbkowskiej byłaby dużo ostrzejsza.

Elżbieta Kisielewska

poniedziałek, 19 lipca 2010

Muzeum Warszawskiej Pragi

Prawobrzeżne historie


Jeszcze nie w pełni istnieje, a już było o nim głośno, choć na razie jedynie z powodu problemów finansowych z którymi musiało się zmagać. Teraz, gdy kwestie funduszy nieco się ustabilizowały, trwa wzmożona praca, by  zdążyć z otwarciem Muzeum Warszawskiej Pragi na 2012 rok.

Praca wre


Z Panią Jolantą Wiśniewską, kierownikiem muzeum, spotykam się w tymczasowej siedzibie przy Ząbkowskiej. Docelowym adresem będzie Targowa 50/52, gdzie znajdują się trzy kamienice oraz zabytkowa oficyna – dawny żydowski dom modlitwy. Do kompleksu dołączy jeszcze budynek administracyjno-naukowy, gdzie znajdą się pracownie, magazyny zbiorów, czytelnia, sala projekcyjna, konferencyjna oraz miejsce na warsztaty edukacyjne dla dzieci. W muzeum mieścić się będzie również kawiarenka serwująca praskie specjały: od galaretki z nóżek po pyzy i flaki. Pomysł na muzeum do niedawna jedynie na papierze, powoli nabiera realnego kształtu. - Mamy już projekt funkcjonalny. Wiemy co gdzie będzie w kamienicach, oficynie, gdzie będzie jaka ekspozycja, sala projekcyjna – opowiada pani Jolanta.- Przed nami najgorętsze dwa lata. Czekamy na decyzję miasta co do przeznaczenia funduszy na prace przygotowawcze i ekspozycyjne. Od tego będzie zależało, w jaki sposób nasza koncepcja zostanie zrealizowana – dodaje.

Praski, znaczy prawobrzeżny


Jednym z postulowanych przez organizatorów celów  powołania muzeum jest pomoc w kreowaniu praskiej tożsamości. Praskiej, czyli jakiej?

- Powstajemy jako muzeum warszawskiej z uwzględnieniem i szacunkiem dla autonomiczności, specyfiki, kolorytu poszczególnych rejonów prawobrzeżnej Warszawy – tłumaczy Jolanta Wiśniewska.

Prawobrzeżna Warszawa to nie tylko Stara i Nowa Praga. - Jeżeli porozmawiamy z mieszkańcami urodzonymi na Bródnie, Białołęce czy na Pradze, to będą to inne historie i  właśnie specyfikę historii prawobrzeżnej Warszawy chcemy uchwycić – opowiada kierownik Muzeum. - Stąd nasze projekty, jak akcja zbierania pamiątek. Chcemy je włączyć do kolekcji muzealnej, a przez to także do historii miasta – dodaje.

Poznajemy historie


Innym sposobem na włączenie się w rozwój i kształtowanie charakteru muzeum jest udział w projekcie Archiwum Historii Mówionej,  niezwykle cennym z perspektywy relacji międzypokoleniowych. Młodsi i starsi pracownicy muzeum oraz grupy studentów z Instytutu Etnologii Antropologii UW przeprowadzają rozmowy z mieszkańcami prawej strony Wisły. Rozmowy te są nagrywane i odpowiednio opracowywane, by w niedługiej przyszłości mogły stać się elementem ekspozycji.  - To co zbieramy, to zarówno relacje z wydarzeń historycznych, jak i opowieści o praskiej codzienności – opowiada pani Jolanta. - O tym, jak  się kiedyś żyło i jak to się teraz  zmieniło. O ludziach, którzy odeszli, o rzeczach drobnych i codziennych,  które zazwyczaj umykają. Chcemy zatrzymać te historie.

Co jeszcze...?


W dalszych planach muzeum jest też stworzenie sali ginących zawodów oraz sali ikon prawosławnych Organizatorzy mają świadomość specyfiki historii prawobrzeżnej Warszawy i starają się uwzględnić każdy jej możliwy rys.

-  Mieszkańcy Pragi życzliwie patrzą na nasze działania, ale zdajemy sobie sprawę, iż oczekiwania wobec nas  są ogromne, a nasze możliwości ograniczane przez fundusze – kończy Jolanta Wiśniewska.


Nie istnieją miejsca w przestrzeni, które byłyby czyste, niezagospodarowane przez wcześniejsze sensy i znaczenia. Jak wobec tego odkrycie żydowskich sal modlitewnych z unikatowymi polichromiami w przyszłej siedzibie muzeum, wpłynie na jego charakter?
Wątek wielokulturowości prawobrzeżnej Warszawy jest dla nas istotną częścią myślenia o muzeum. Po pierwsze ratujemy te polichromie. Sale modlitewne będą częścią ekspozycji stałych. Z  drugiej strony nie skupiamy się tylko na obecności społeczności żydowskiej, ale staramy się tę wielobarwność wyławiać, włączając historię zarówno żydów jak i prawosławnych,  ewangelików, a w przełożeniu na społeczności narodowe chcemy uwzględnić mniejszości rosyjskie, białoruskie, gruzińskie, ukraińskie czy greckie – oraz wszystkie te, które w krajobrazie  prawego brzegu odciskają swój ślad.  Będziemy o tym mówić. Jeszcze w  tym roku organizujemy konferencję naukową dotyczącą wielokulturowości.


Marta Pawlaczek

piątek, 16 lipca 2010

Praga - statystyka

Czytanie roczników statystycznych uchodzi za najnudniejszą lekturę na świecie, no może przebija je książka telefoniczna. Jednak wczytawszy się w rzędy cyfr, karnie umieszczonych w tabelach, można odkryć rzeczy zaskakujące.

Oto portret Pragi, tej od Pelcowizny do Szmulowizny, czyli od dawnego FSO do Fabryki Trzciny – wyodrębnionej w rocznikach statystycznych jako Praga Północ.
Okazuje się, co widać na pierwszy rzut oka, że Praga to najbardziej zabudowana (79 proc. powierzchni) dzielnica w Warszawie, i w dodatku najstarsza, bo 64 proc. budynków zbudowano jeszcze przed 1944 rokiem.

Tylko 38 hektarów to grunty rolne – dla porównania, na Mokotowie aż 697 hektarów nadaje się na uprawę roli. Nie ma na Pradze, ani jednego hektara sadu, gdy na wspomnianym Mokotowie – proszę, sadownictwo kwitnie, zajmując 46 hektarów.
Za to Pragą rządzi kolej, która rozsiadła się na 156 hektarach.

W tych okolicznościach przyrody mieszka na Pradze około 73 tys. mieszkańców.
Spośród nich 17 proc. skończyło 65 lat, ale Praga nie bije rekordów w temacie seniorów, bo jak się okazuje, najstarszą dzielnicą w Warszawie jest Śródmieście. Tam aż co czwarty mieszkaniec ma 65 lub więcej lat.

Dla równowagi, na Pradze w trzech wyższych uczelniach studiuje 18 539 studentów. Daje nam to prawie tyle samo czcigodnych seniorów, co kształcącej się młodzieży.
Co ciekawe, to wcale nie seniorzy wystają w kolejkach do przychodni lekarskich. Jak się okazuje, stanowią tylko 11 proc. spośród wszystkich korzystających z “usług” praskiej służb zdrowia.

Statystyka, jak to nauka ścisła, czasami nie obejmuje swoimi tabelami zjawisk nienazwanych i nie skategoryzowanych. Taka refleksja towarzyszy opisowi życia kulturalnego Pragi. Bo gdzież te konesery, fabryki trzciny, galerie? ... Czyżby umknęły katalogowaniu?

Oficjalnie na Pradze Północ jest jedno muzeum, które zorganizowało do tej pory trzy wystawy, a zobaczyło je 2000 osób. Dużo to czy mało?

Były też trzy teatry, do których podreptało albo poleciało w ciągu roku 48 600 widzów, zaś filmy w dwóch kinach zobaczyło 140 300 kinomanów. Co ciekawe, to tyle samo, co na Mokotowie.

Wreszcie 10 206 prażan, to użytkownicy dziewięciu bibliotek, a każdy z nich wypożyczył przez rok 16 książek. Tak więc przeczytali 160 000 książek.
Ta wiadomość napawa optymizmem.

Ponadto Praga Północ to, wbrew pozorom, w miarę bezpieczna dzielnica - dla porównania: w 2008 roku mieliśmy tu 3977 zgłoszonych przestępstw, a na Mokotowie – 6107.

Ciekawostki wyczytane w publikacji GUS “Panorama dzielnic Warszawy 2008”.
*Na koniec anegdotka mojego przyjaciela, który młodość spędził na Pradze, absolwenta liceum im. Władysława IV. Umawiając się z przyjaciółmi mówił: “idziemy na Warszawę”, a nie -”idziemy na miasto.”
Gdzie jest prawdziwe miasto?

Maciej Kosiński

czwartek, 15 lipca 2010

DAVAI! czyli IV. MUZYCZNY SPACER PO PRADZE



Zheka Lizin z zespołu Opa Novy God nadciąga od strony cerkwi, grając na bębnie...



...żeby spotkać się z resztą zespołu pod CH Warszawa Wileńska. Nie bez powodu właśnie tam zaczyna się spacer – w tym roku idziemy praskim szlakiem handlowym.  


Ruszamy Targową, skrzypce i gitara na czele, ze wzmacniaczem umieszczonym na sprytnej  konstrukcji rowerowej. 



Pierwszy przystanek - Pasaż Wileński. 


Pierwszy przystanek, więc są pierwsze tańce! 


Drugi przystanek - Targowa 64. Tu mieścił się kiedyś bazar drobiowy. Do zabawy włączają się mieszkańcy i przechodnie. Są też baczni obserwatorzy... 


...najmłodsi...


...starsi...

 ...i najstarsi.

Którzy zresztą wspaniale się bawią!



Idziemy na Bazar Różyckiego.


Tam koncerty finałowe grają Opa Novy God... 


...i Różyc Orchestra.


Skoczna muzyka porywa wszystkich do tańca.



Na zgłodniałych i zmęczonych harcami czekają wspaniałe praskie pyzy domowej roboty. 


Było fest. Szykujemy się na przyszły rok.

tekst: Zuzia Mączyńska
autorzy zdjęć: Marta Zabłocka, Łukasz Kopeć, Aleksandra Synowiec

*19 czerwca odbyła się czwarta edycja Muzycznego Spaceru Ulicami Starej Pragi. Organizatorami wydarzenia jest Stowarzyszenie „MY”, formalnie istniejące od 2007 roku, a nieformalnie - trochę dłużej. Stowarzyszenie tworzy grupa przyjaciół o różnym pochodzeniu – polskim, litewskim, angielskim, francuskim -  mieszkająca po prawej stronie rzeki od kilku lat. Postanowili razem stworzyć wydarzenie, którego odbiorcami będą nie bywalcy modnych praskich klubów, ale zwykli mieszkańcy dzielnicy, którzy w nowopowstałych  lokalach pojawiają się rzadko albo wcale. Właśnie dlatego wydarzenie ma formę spaceru po ogólnodostępnej przestrzeni, żeby każdy mógł przyłączyć się do wspólnej zabawy. Wydarzenie ma też przypomnieć wielokulturowość Pragi i jej żydowskie dziedzictwo – dlatego na każdym spacerze gra klezmerski zespół z Rosji.

tutaj można posłuchać muzyki towarzyszącej spacerowiczom.

środa, 14 lipca 2010

Bandyci, kurwy i złodzieje...

...czyli od stereotypu do przystanku. Rozmowa z Jackiem Szczapem, założycielem portalu przystanekpraga.pl

- Pamiętasz swoją teorię, że Azja zaczyna się po drugiej stronie Wisły?
- Jasne. Przez parę lat pierwszy koślawy billboard, jaki widziałem za mostem Poniatowskiego, był napisany cyrylicą – „pokupka zołota”. Praga zawsze była wielokulturowym miejscem, gdzie najpierw żyło mnóstwo Żydów – dziś nieobecnych, a potem masa ludzi ze wschodu.  Myślę, że o takim wschodnio – międzynarodowym charakterze Pragi mocno zadecydował Jarmark Europa. Coś się zaczęło, ruszyło.

- Jaka jest twoja Praga?
- Mieszkam na Pradze 26 lat, bardziej z przypadku niż z miłości. Zanim się tu sprowadziłem, miałem w głowie tak: była Targowa, bazar, a dalej już tylko bandyci, kurwy i złodzieje. To się okazało absolutną nieprawdą. Mieszkam tu od ponad ćwierć wieku i miałem mniej niemiłych historii, niż w ciągu dwóch lat mieszkania w centrum Ochoty.

- Co lubisz na Pradze?
- Będę bardzo stereotypowy. Lubię tu mieszkać, bo jest wygodnie. Blisko jest pociąg, szkoła, przedszkole, sklepy. Ostatnio podobają mi się różne inicjatywy – Free Form Festival w Koneserze, Noc Pragi itd. Jest tu dużo fajnych, młodych ludzi, którzy coś robią. Od czterech – pięciu lat powstają kluby,  kawiarnie, które sprawiają, że ludzie znowu zaczynają być razem. Czuję, że mieszkam w dzielnicy, która chyba ma w tej chwili najbardziej wyraźną tożsamość w Warszawie.

- Rodowici prażanie raczej jednak omijają te nowe miejsca szerokim łukiem.
- Są w pewnym sensie wykluczeni. Po pierwsze, nie są w kanałach komunikacji. Poza tym, dla nich piwo tam sprzedawane jest po prostu za drogie. No i klimat tych miejsc jest taki, że oni się tam źle czują. Są tutaj różne imprezy, które nie są skierowane do mieszkańców, tylko na charakter Pragi – że jest fajnie, ludzie się bawią, są kluby. Ale na Free Form Festival nie pójdą ludzie z Brzeskiej. Bilety są za drogie, a poza tym oni w ogóle nie funkcjonują w tej kulturze. Za to np. Muzyczny Spacer jest już dla nich. Dlatego uważam to za bardzo fajną inicjatywę.  Ale może to trochę smutne, że cała ta moda na Pragę, to, co się tutaj dzieje - galerie, kluby, restauracje – działa trochę tak, jakby nie było dla prażan.

- A Ty postanowiłeś coś dla nich zrobić i założyłeś portal Przystanek Praga, mimo dobrze płatnej pracy w centrum.
- Tak, ale nie zrezygnowałem z niej ze względu na Przystanek. Byłem szefem marketingu w Rzepie. Ale raz zdenerwowałem się, rzuciłem papierami o stół i od tej pory nie pracuję na etacie. A z Przystankiem było tak, że na 50 – leciu SKPB (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich) spotkałem kolegę, który prowadzi portal Elbląga – portel. Sprawdziłem statystyki i okazało się, że w Elblągu portel jest w tym samym szeregu co gazeta.pl. Pomyślałem – jak to jest w Warszawie? Nie ma żadnego portalu warszawskiego. Stwierdziłem, że Warszawa jest za duża, żeby miała swój lokalny portal. Jeśli mieszkasz w Falenicy, nie obchodzi cię, co dzieje się na Bielanach. No to założyłem przystanekpraga.

- Kiedy pierwszy raz zagląda się na twój portal, ma się wrażenie sporego chaosu, miszmaszu wielu informacji z różnych dziedzin. Na co stawiasz, a co chcesz w nim zmienić?
- Jest za dużo kultury. Ostatnio najwięcej wejść miałem – to dość smutne – na informację, że na Białołęce zginęło dziecko. Wypadki, pożary, ale też sprawy czysto lokalne – zamykanie, otwieranie ulic – to ludzi, którzy tu mieszkają, najbardziej kręci. Nie obchodzi ich, co się będzie działo w Śnie Pszczoły.

- Twój portal za kilka lat – jak go widzisz?
- Chciałbym, żeby przystanekpraga  pomagał ludziom rozwijać ich poczucie lokalnej tożsamości. Jeszcze taki nie jest, choćby ze względu na szczupłość zasobów ludzkich. Nie piszemy o wszystkich sprawach, które naprawdę ludzi obchodzą. Czasami piszemy o bzdetach. W Warszawie nie ma mediów lokalnych, które byłyby w stanie kontrolować władzę na poziomie dzielnicy. Chciałbym, żeby przystanekpraga był silnym medium – zwłaszcza na terenie centralnej Pragi, ale bez zaniedbywania peryferiów.

- Czy według ciebie Praga jest przyjazna osobom w twoim wieku, czyli 50 plus?
- Myślę, że Praga centralna jest przyjazna. Jest spokojnie, w miarę czysto, jest dobra infrastruktura, bar mleczny, Carrefour.

- A rozrywka? Praskie kluby przyciągają młodsze osoby. Co ze starszymi?
- W klubach rzeczywiście 99% jest dla młodych. Ale przecież są teatry. Są Opary Absurdu, ale jest też Czarny Motyl i Szwenkier. Nie zdziwiłbym się, gdybym w Czarnym Motylu zobaczył 70-letniego mężczyznę w panamie, który czyta „Le Figaro”. Chociaż tutaj starsi ludzie przychodzą głównie do baru mlecznego. Ale to nie z nimi jest największy problem, bo oni i tak czują coraz mniejszą potrzebę aktywności na zewnątrz. Większym problemem są inicjatywy dla młodszego pokolenia. Brakuje miejsc, gdzie można przyjść z małym dzieckiem. Co tu jest dla dzieciaków nastoletnich, od 10 do 18 lat? Co dla nich ta przestrzeń ma do zaoferowania, poza piłką? Starsze pokolenia nie wybierają tylko oferty dzielnicowej, ale też wydarzenia warszawskie. Ale dzieciaki funkcjonują lokalnie.

Rozmawiała Zuzia Mączyńska

wtorek, 13 lipca 2010

Praga, jaka jest?


rys. Marta Zabłocka

Praga, Bródno czy… Targówek?

Lipiec 2010. Upał. Temperatura grubo powyżej 30 stopni C. W mieszkaniu z betonu żar nie do zniesienia. Wychodzę do pobliskiego parku. Może uda się porozmawiać ze starszymi mieszkańcami Bródna, namówić na zwierzenia?

Na ławeczce już odpoczywa kilka znajomych osób, przeważnie emerytów. Przeprowadzam wśród nich błyskawiczną sondę.
- Z czego najbardziej są zadowoleni mieszkańcy Bródna? - pytam.
- Bezapelacyjnie zwycięża park. Jest piękny. To duma mieszkańców. Bródno posiada coś, czego brak większości innych blokowisk. Autentyczny park, który działa jak magnes na mieszkańców osiedla. Ponad 25 ha zieleni wśród betonowych bloków robi wrażenie. Czujemy się tu jak w raju, kiedy po przekroczeniu granicy zieleni zostawiamy za sobą gwar ruchliwych ulic. Drzewa zasłaniają budynki, stwarzając klimat do wypoczynku. Do tego dochodzą jeziorka i urocze alejki. Dziś Bródno to zupełnie sympatyczna dzielnica. Posiada nawet swoją atrakcję turystyczną w postaci rekonstrukcji osady z X i XI wieku, powstałej na ówczesnym szlaku handlowym ze wschodem. Od tej osady i brodu przy rzecze Brodni nazwę wzięło całe Bródno.
- Kiedyś tereny PRagi kojarzone były ze stojącymi w bramach złodziejami i podpitymi lumpami a Bródno czy Targówek uważano za dzielnice biedoty - ktoś przypomina.
- Pewnie tak było. Dzisiaj to już zupełnie inny świat. Tylko jedno się nie zmieniło: bogaty nadal nie jestem.
- Praga dziś staje się nagle modnym centrum kulturalnym. Słyszeliście o zagłębiu klubowym na Ząbkowskiej, Inżynierskiej i 11-go Listopada>
- Może to i ciekawe, ale ja jestem już za stary. Zresztą dla mnie za daleko.
- W sobotę znów w parku wyświetlają film. Nie wiecie, jaki?
- Szkoda, że na okres wakacji zamykają domy kultury dla seniorów, te wokół parku. Nie ma gdzie sie spotkać, szczególnie kiedy pada deszcz.
- Praga, co to jest Praga? Zaczynam się w tym gubić. Odkąd pamiętam, mieszkałem na Pradze, tam się urodziłem. A dokładniej, na Grochowie, na Pradze Południe. Tam mieszkałem aż do 1970 roku, kiedy to przeprowadziłem się znów na Pragę, tym razem Pragę Północ, na nowe osiedle Bródno. Mieszkam tu do dziś. Nie zmieniałem miejsca zamieszkania, a mimo to mieszkam obecnie w dzielnicy... Targówek, do której nigdy nie czułem sentymentu. Tak to kolejne reformy administracyjne "wyprowadziły" mnie z Pragi.
- Trzydzieści lat temu sąsiad z bloku pokazał mi swój dowód osobisty, a w nim zapis: miejsce urodzenia - Głodna Wieś. Pochodził z tych stron. Chciał postawić tu dom, ale nie dostał pozwolenia. Gdy budowano osiedle Bródno, jego drewniak rozebrano, a on dostał mieszkanie w bloku. Ciągle mi przypomina, że nie jest ani z  Bródna, ani z Pragi, ani z Targówka, tylko z Głodnej Wsi.

Marek

czwartek, 8 lipca 2010

Świętowaliśmy w Warszawie!

Redakcja włączyła się w trwające właśnie  Święto Warszawy. Razem z całym zespołem Towarzystwa ę byliśmy obecni na podwórku w kamienicy przy Mokotowskiej 55.
Karolina robiła pierwszą w życiu sondę,
Marta dokumentowała podwórkowe atrakcje,
a grupa Pogotowia Filozoficznego przygotowała czytanie performatywne traktatu filozoficznego (zdjęcia poniżej).



fot: Marta Zabłocka

Było świetnie! 

Piszą o nas!

W Życiu Warszawy ukazał się artykuł o naszej redakcji: oto link.
Tekst przygotowała Katarzyna Czarnecka, zdjęcia zrobił Jakub Ostałowski.
Dziękujemy.

Odwiedzajcie nas częściej!

wtorek, 6 lipca 2010

Słodka Chmielna

fot. Marta Zabłocka

Wśród młodzieży wytworzył się mit o ulicy Chmielnej. Każdy tu przychodzi choć nikt się do tego nie przyznaje i nikt nie wie po co to robi. Moja mama wspomina ulicę Rutkowskiego i mówi, że dziwność Chmielnej polega na jej legendzie… Nie wiem czy młodzi ludzie czują tę legendę, ale jest to miejsce spotkań. Siedzę przy budce z pączkami. Odkrywam, że jest ona trochę oderwana od całej ulicy. Przy budce zatrzymują się całe rodziny, matki z dziećmi – dzieci zarówno trzy jak i trzydziestoletnie, nastolatki ze słuchawkach w uszach i kawą w ręce. “Pączek toffie, proszę”. Też bym się skusiła, ale nie mam już pieniędzy.

***

Przed chwilą ktoś chciał, żebym kupiła mu obiad, więc oddałam mu ostatnie drobne... Przed miejscem gdzie usiadłam spaceruje staruszka, o lasce, także prosi o datki. Nawet zapach pączków nie łagodzi wrażenia, że ludzie czynią ją zupełnie przezroczystą. Jedna z trzymających się za ręce par, mija ją, rozdzielając się na chwilę, by zaraz znów złapać się za ręce, jakby minęli właśnie słup czy latarnię… Sama nie mam już co jej zaoferować. To wszystko obok grup młodych ludzi spieszących do drogich kawiarni na Nowym Świecie. Jest sobota, czerwiec, pogoda brzydka.

***

Z perspektywy budki z pączkami Chmielna robi zupełnie inne, pozytywne wrażenie. Mija mnie para mówiąca po angielsku, z zaciekawieniem zaglądają w alejki Chmielnej. Wychodzi słońce, gra muzyka, pachną pączki… Mija mnie trzypokoleniowa rodzina: dziadkowie, rodzice i syn. W ich rozmowie pojawiają się słowa “europejski nastrój…”. Jeszcze go nie czuję, ale podoba mi to, że nie gapi się na mnie ani młoda dziewczyna w kapeluszu i krawacie, ani para sześćdziesiąt plus...
Posiedziałabym jeszcze na takiej Chmielnej, ale wykończy mnie ten kuszący, słodkawy zapach pączków.

Julia Ślęzak

sobota, 3 lipca 2010

Winyle z Chmielnej - powrót do przeszłości czy reaktywacja? „Wywiad z Chmielnej” z właścicielem sklepu ”Side One” – Wojtkiem Żdanukiem

Sądziłam, że Chmielną znam jak własną kieszeń. Tyle razy tędy przechodziłam, znam niemal każdą bramę, każdy zaułek. Przechodząc kolejny raz tą ulicą , która okres świetności ma już dawno za sobą, spostrzegłam w bramie sąsiadującej z budynkiem księgarni Traffic wejście na podwórze. Weszłam do sklepu z płytami winylowymi. To przecież moje dzieciństwo, moja młodość. Ale skąd one tutaj, dzisiaj na Chmielnej? W czasach wszechobecnych CD, mp3? 

Nie miałam pojęcia, że taki sklep w ogóle istnieje w Warszawie, od jak dawna go pan prowadzi? 
Sklep istnieje już od pięć i pół roku. A płyty, choć wyglądają jak te z lat 80., mamy w większości nowe, sprowadzane od dystrybutorów. Znajdzie tu pani każdy rodzaj muzyki, od rocka i jazzu, poprzez reggae, funky, disco i hip-hop.

 fot. Anna Starzewska
Właściciel sklepu - Wojciech Żdanuk z przewodnikiem  "Zrób to w Warszawie".

Czy to znaczy, że nadal produkuje się płyty winylowe?
Oczywiście, w dodatku na takie płyty jest coraz większe zapotrzebowanie, więc i rynek jest coraz większy. Wzrasta liczba producentów i dystrybutorów płyt analogowych, a wiele starych tytułów tłoczy się na nowo.

Kto dziś kupuje płyty winylowe, jakich ma pan klientów?
Przeważnie są to ludzie młodzi, młodsi nawet ode mnie, a ja mam 40 lat. To właśnie młodzi napędzają ten rynek i dają mu energię.

A starsi, po pięćdziesiątce? Oni nie są zainteresowani?
Bywają, to prawda, choć rzadziej, i tak jak pani, dziwią się, że taki sklep istnieje.


A jak bardzo jakością różnią się płyty analogowe od CD? Czy w ogóle można je porównywać?
Osobiście zdecydowanie wolę płyty winylowe - są dla mnie naturalniejsze w brzmieniu, cieplejsze, ta chropowatość i trzaski dodają im autentyczności. Na CD wyczuwam brzmienie cyfrowe z komputera. Dużo też zależy od tłoczenia, od fabryki, od materiału źródłowego, od masteringu ( proces przygotowania utworu do nagrania wydobywający z niego różne niuanse dźwiękowe). Można zrobić kiepską płytę analogową z dobrego materiału źródłowego. Zdarza sie, że płyty z lat 70-tych są lepszej jakości, staranniej wytłoczone, niż te obecne, nie mówiąc już o dużo ciekawszej szacie graficznej.

Jaka muzyka cieszy się największym powodzeniem u Pana?
Młodzi interesują się głównie disco, funky, house, techno i hip-hopem, starsi pytają przeważnie o jazz, reggae, rock, nie szukają nowych zjawisk.

A jak by Pan zachęcił starsze osoby do odwiedzenia tego miejsca?
Może tym, że sam juz jestem starszy i bliżej mi do pokolenia 50+ niż do młodzieży.

Wobec tego ostatnie pytanie: kto to jest dla Pana senior? Z czym się Panu to słowo kojarzy?
Hmm, senior to człowiek dojrzały, w przeciwieństwie do juniora. Po rozmowach z młodzieżą wychodzi mi na to, że senior zaczyna się od 40 plus, a np. w piłce nożnej - już od 30 plus. Natomiast w ZSRR 70-latkowie to była jeszcze młodzież, a dopiero 80-latkowi byli dojrzałymi ludźmi.

W nowej edycji alternatywnego przewodnika po Warszawie „Zrób to w Warszawie”, na stronie 157 jest opis sklepu „Side One” pod hasłem Wsłuchaj się w Winyl, to najlepsza promocja tego miejsca.

rozmawiała Anna Starzewska

piątek, 2 lipca 2010

Bez kolców

„Pod Kaktusami” – w kawiarni przy Chmielnej, naprzeciwko chyba równie wiekowego kina „Atlantic” - nie ma już kaktusów. O dawnym wystroju przypominają jedynie kaktusopodobne malowidła na ścianach, duże, ale nie kłujące.

fot. Karolina Pluta

Zaledwie parę lat temu ta znana warszawska kawiarnia zmieniła swój wystrój. Powiększono jej okna, pozbywając się przy okazji nawiązujących do nazwy kolczastych roślin. Żeby usiąść na kanapie, trzeba teraz wejść po schodkach na swego rodzaju konstrukcję przypominającą szeroki drewniany szafot. Co ciekawe, kanapy, choć nowe, wyglądają na stare – to zasługa nieśmiertelnego w każdej dekadzie skaju. Nad przejściami do stolików piętrzą się wdzięcznie bramowe drewniane szubienice, przypominające surrealistyczne projekty Salvadora Dali.
Jedno na szczęście nie uległo zmianie w kawiarni „Pod Kaktusami” – nadal podaje się tu rozkoszny krem sułtański. Przygotowywany jest według oryginalnego przepisu z Warszawskich Zakładów Gastronomicznych (oddział „WZG - Kawiarnie”): połowa - czysta bita śmietana, połowa - bita śmietana zaprawiona kakao, a do tego rodzynki i orzechy. Chyba już tylko tu można spróbować tego niedoścignionego nigdzie indziej smaku.
W ogródku, około godziny 11, na dwadzieścia stolików z wyplatanymi fotelikami, zajętych jest zaledwie sześć. Większość kawiarnianych smakoszy to sześćdziesięciolatkowie. Po dwóch kawach podnoszę nos znad gazety. Towarzystwa 60 plus już nie ma. Teraz przy stoliku nieopodal siedzą dwie studentki. Nikt jednak nie zamawia kremu sułtańskiego – nie wiedzą co dobre!
Aleksander Bukowiecki

Niespodziewany finał spaceru na Chmielną

Jesteśmy na Chmielnej. Na tym kawałku przestrzeni miejskiej, jak w pigułce możemy prześledzić problemy miasta. Przed laty była to reprezentacyjna ulica z charakterystycznym handlowym klimatem. Zobaczymy, czy utrzymała swój styl.
17 czerwca 2010 r godzina 19.00

Wędrujemy pieszo, od Mokotowskiej, przez plac Trzech Krzyży, Nowy Świat aż do Chmielnej.
- Tu były Hybrydy, klub studencki, przychodziłam tu potańczyć - Ania uśmiecha się do wspomnień. Pamiętam. Tu po raz pierwszy usłyszałem „Pamiętajmy o ogrodach”, melodię, która z biegiem lat stała się znakiem rozpoznawczym połowy lat sześćdziesiątych.

Mijamy budynek Ministerstwa, redakcję „Szpilek”, a na rogu antykwariat… Nie!!! Tak było kiedyś. Nie ma już Szpilek, nie ma antykwariatu. Czyżbym odbywał podróż sentymentalną? Nie mogę oderwać się od wspomnień.

Parę metrów dalej, w stronę ronda de Gaulle’a widać warszawską osobliwość. To palma w centrum ronda. Jeszcze mam w uszach żarciki grupy Włochów, których w zeszłym roku prowadziłem na ulicę Nowy Świat, chcąc pokazać nocne życie w stolicy. Sztuczna palma wzbudzała jedynie niedowierzanie i wesołość. Żadne wyjaśniania, że to Aleje Jerozolimskie, że warto się zastanowić nad jej obecnością, bo nawiązuje do wielokulturowej historii Warszawy, nie pomagały.

Rozmyślania przerywają słowa przewodnika. – Jesteśmy na Chmielnej. Na tym kawałku przestrzeni miejskiej, jak w pigułce możemy prześledzić problemy miasta. Przed laty była to reprezentacyjna ulica z charakterystycznym handlowym klimatem. Zobaczymy, czy utrzymała swój styl.

Prawie nie znam tej ulicy. Wystawy sklepów, kawiarniane ogródki. Wszędzie piwo, alkohol. Tłoczno, gwarno i … obco.
Nagle swój wzrok kieruję na dwóch mundurowych. Jakiś przechodzień, żywo gestykulując, coś im tłumaczy. W pewnym momencie wyjmuje z teczki ulotki i wręcza policjantom. Zaintrygowany poprosiłem o ulotkę i odszedłem.

Dobrze, że ktoś pomyślał o ławeczkach dla strudzonych. Po chwili zobaczyłem roznosiciela ulotek. Skinieniem ręki zaprosiłem na chwilę rozmowy.
- Dlaczego pan tu rozdaje ulotki?
- To proste, chcę pomóc obecnym na Chmielnej narkomanom, a policjantom zostawić informację, gdzie mogą kierować uzależnionych. Współpracujemy z anonimowymi alkoholikami.
Kilka metrów dalej zakratowana brama, przez którą widać studnię podwórka. Jest domofon. Chmielna 20. Tabliczka oznajmia: Biuro Służby Krajowej Anonimowych Alkoholików w Polsce.

Niestety, czas naglił. Musimy kończyć rozmowę. Rozstajemy się z nadzieją na przyszłe spotkanie hasłem: – Póki nie pijesz, wszystko możliwe.

Marek

czwartek, 1 lipca 2010

Skojarzenia...


rys. Marta Zabłocka

Kocie Oczy

W maju, przy ulicy Chmielnej 13 powstała Galeria Kocie Oczy. Znajduje się ona niedaleko sklepiku z pączkami, w bocznej alejce. Po schodkach wchodzi w świat, w którym łypią na nas kocie oczy. Właścicielka galerii Jolanta Indulska ma 52 lata, przez większość swojego życia pracowała jako księgowa w różnych miejscach. Dziś zaprasza do siebie na Chmielną wszystkich miłośników kotów. 

fot. Karolina Pluta

Pierwszy kot w życiu pani Jolanty pojawił się po śmierci jej teścia. Miał nietypowe zadanie: uciszyć ślady obecności zmarłego w domu pani Jolanty. I uciszył, a potem patrzył się na nią znajomym wzrokiem teścia… I zauroczył swoją właścicielkę raz na zawsze.
Wtedy narodziła się pasja, którą pani Jolanta zaraża wszystkich dookoła: córki koleżanek malują dla niej koty, syn znajomej, siedmiolatek, rysuje.

“Kiedy zobaczyłam tę piwnicę, powiedziałam: to musi być moje.”
Galeria powstała przy Chmielnej przez przypadek, ale znalazła się we właściwym miejscu. Ulica ma specyficzny klimat, Galeria także. I choć przestrzeń ta powstała w zaledwie w tydzień, trudno się dziwić – to zasługa kotów. Znajdziemy tu koty wszelkiego rodzaju i maści, a także grafiki, obrazy, zegary, anioły i biżuterię. Można kupić koty drewniane, egipskie, na kubkach i kolczykach. Wizerunki kotów namalowane na kieliszkach to dzieła właścicielki.

Opowieść o tysiącu i jednym kocie.
Dziś kolekcja kotów pani Jolanty liczy ponad tysiąc eksponatów. Przybywają one ze wszystkich stron świata, a robione są z drewna i porcelany, chleba, a nawet i siana. Pani Jolanta zna historię każdego kota. Największy sentyment żywi do eksponatów odratowanych ze śmietnika, a taki los czekał na przykład dziewiętnastowieczną porcelanową figurkę i witraż z namalowanym kociakiem. Jednak żaden z kolekcjonowanych kotów nie może liczyć na taką miłość jak Grubcia, charakterna kotka pani Jolanty. Każdy kot ma charakter, a ten to kot-demolka. Grubcia wypija pani Jolancie mleko z kubka, ssie palec i do tego jest gadułą W galerii czasami pojawia się też Toffi. To biały kot, który witał gości na Chmielnej podczas otwarcia galerii 15 maja dokładnie o 15.13.

Julia Ślęzak